23. To samo spojrzenie

63 14 3
                                    

Upierdliwe, refleksja uderzyła w niego niespodziewanie. Chociaż nie była ani trochę rozbudowana, trafnie podsumowała wydarzenia ostatnich dni. Levi nie mógł się pozbyć wrażenia, że weterani korpusu zwiadowczego wzięli sobie na celownik nie tyle wszystkich wcielonych siłą recydywistów, co konkretnie jego. Gdzie się nie obejrzał, przyłapywał kogoś na ostentacyjnym lustrowaniu jego niepozornej postaci. Z początku uważał, że to Erwin Smith był wrzodem na dupie, ale ta blondynka, która pojmała w podziemnym mieście Isabel, okazała się nie tylko doskonale wyszkolonym żołnierzem, to jeszcze czujnym obserwatorem. Do tego jeszcze Janine McCartney zdawała się do tego mieć tę rzadką umiejętność wzbudzania w ludziach sympatii, bo jako jedyna nie patrzyła na nich z góry. I kiedy Levi myślał, że trafił na najgorszy typ w tym korpusie samobójców, znikąd pojawiło się to metr siedemdziesiąt czystych mięśni, w dodatku pobliźnione w każdym niemalże widocznym miejscu poza szyją i twarzą. Definitywnie młodsza od niego, poruszająca się jak gotowy do ataku drapieżnik, emanująca morderczą wręcz aurą. W tej kwestii nie różnili się wiele od siebie; to wiedział, od pierwszej wymienionego spojrzenia.

Jeżeli ktokolwiek miał przysporzyć im problemów w zleconej przez Lovofa misji, to najprawdopodobniej ona. Chociaż próbował wmówić sobie, że mylnie odebrał intencje dziewczyny ze względu na upodlenie, jakiego doznał z ręki Erwina Smitha, maszyna do zabijania nie spuszczała go z oka również podczas popołudniowego apelu, na którym zmuszono jego, Isabel i Farlana do przedstawienia się całemu korpusowi. Nie podeszła również po zbiórce — zniknęła w tłumie ubranych w identyczne wojskowe mundury żołnierzy, chociaż pomiędzy wyższymi z nich dostrzegał podskakujący, niepraktyczny w walce ze względu na swoją długość, brązowy kucyk. Zresztą nawet nie miał czasu, by dłużej zastanowić się nad tym, co siedziało tej wariatce w głowie, bo pułkownik Flagon Turret, do którego oddziału dołączono nowych rekrutów, zabrał ich na kolejną część wycieczki turystyczno-krajoznawczej po centrali formacji.

Dowódca wyszedł po ostrej wymianie zdań na temat utrzymania porządku, do której sprowokował Leviego. Zabrał ze sobą Isabel, by pokazać jej żeńskie baraki. Zostali więc z Farlanem sami w męskich kwaterach, wymagających jak najszybszego wysprzątania na błysk. Brunet prychnął, odsunął się od łóżka, które wywołało w nim natychmiastową odrazę i wsparł się plecami o ścianę. Wyzywająco skrzyżował ręce na piersiach. Church westchnął ciężko jak zawsze, gdy miał rozpocząć tyradę na temat nieodpowiedniego zachowania przyjaciela:

— Słuchaj, Levi — przerwał panującą pomiędzy nimi ciszę — wiesz, że żeby to wszystko wypaliło, musisz się trochę opanowywać. — Z zakłopotania rozmasował kark, zastanawiając się nad doborem kolejnych słów.

— Sprowokował mnie — zauważył zimno brunet.

— Tak, wiem — zgodził się z nim Church. Jego jasnobrązowe włosy lśniły w pomarańczowych promieniach słońca, wpadających przez okno. Jak długo marzyli, by móc korzystać z uroków świeżego powietrza, nieskażonego smrodem ścieków i stęchlizny? — Ale to jest pułkownik — zauważył również. — A to jest wojsko. Następnym razem spróbuj przynajmniej ugryźć się w język, dobra?

— Jak nie będzie mnie wkurzał, pomyślę nad tym — ostatecznie przystał jednak na kompromis. Farlan miał słuszność, ale urażona duma Leviego nie pozwoliła przyznać głośno racji. Flagon zdawał się wypowiadać, jakby pozjadał wszystkie rozumy, chociaż pewnie nie pofatygował się do jakichkolwiek dzielnic biedoty, by nie ubrudzić przypadkiem czystego munduru i wypastowanych, mimo że znoszonych butów. Odzywka przyjaciela nie wywołała u Churcha żadnej szczególnej reakcji; w końcu miał kilka lat, by się do nich przyzwyczaić.

— Poza tym coś ci chodzi po głowie? — zapytał szatyn, siadając na jednym z pustych łóżek. Materac zaskrzypiał przeraźliwie pod jego ciężarem, zdradzając, że nie był pierwszej nowości, co niekoniecznie zdziwiło ich obu. Legendy o niedofinansowanym korpusie samobójców dotarły również do półświatka, ale w lepsze to niż tamto śmierdzące miejsce, w którym można było obudzić się z nożem na gardle, o ile nie zadbało się o własne bezpieczeństwo. Farlan splótł ze sobą palce, łokcie wsparł o kolana i wyczekującym wzrokiem zlustrował bruneta, jakby chciał się dowiedzieć, co absorbowało jego myśli.

Świat będzie kręcił się bez sprawiedliwości [Shingeki no Kyojin]Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz