3. Niezdrowa fascynacja

227 36 15
                                    

Rok 836, wieś Zickeberg

Skrobiąc grafitem po kartce, zdawała się zapominać o upływającym czasie. W pełni oddawała się ulubionemu od małego zajęciu, czym nieraz wprawiała w zachwyt lub złość najbliższych członków rodziny. Matka ofukiwała ją za każdym razem, kiedy przy niesprzyjającej pogodzie siadała przy drewnianym stoliku na ganku i bez opamiętania smarowała po kartce. Wuj z kolei przejawiał mniej rygorystyczne podejście. Jeżeli tylko pojawił się w rodzinnej wsi i akurat nie odwiedzał pacjentów, przysiadał się do siostrzenicy i z zainteresowaniem obserwował, jak przypadkowe z pozoru kreski ewoluują w mniej lub bardziej przemyślaną kompozycję.

To nie było tak, że zawsze wiedziała, co chciała narysować. Czasem koncept prześladował ją dniami, zanim zebrała się, by przelać go na papier. Dużo częściej jednak po pobudce zabierała ze sobą poranną herbatę, szkicownik i przybory, siadała przy stabilnym blacie i dawała ponieść wyobraźni.

Rysowanie, malowanie — nie wiedziała, co by nie zrobiła bez szeroko pojętej sztuki.

Janine miała to nieszczęście, że dostrzegała za wiele i za szybko. Życie w wiejskiej społeczności dusiło jej ambicje, by osiągnąć w życiu coś istotnego. Zapatrzona w Iana McCartneya, podziwiała, jak buntował się przeciwko zapewniającym pozorne bezpieczeństwo władcom murów poprzez działalność w przestępczym półświatku. Bo gdyby rzeczywiście tak było, jej ojciec w przypływie idealizmu nie wybrałby drogi zwiadowcy, ponieważ taka formacja nie miałaby racji bytu. Nie trzeba byłoby wchodzić w układy z recydywistami. Corocznie kilku śmiałków z Zickeberg nie decydowałoby się na podjęcie szkolenia wojskowego. Oczywiście, kierowały nimi różne motywy. Dla jednych liczyło się zdobycie ciepłej posadki w armii, by nie martwić się o utrzymanie rodziny. Jeszcze kolejnym zależało na wpisaniu się w historię małej społeczności jako ktoś, kto osiągnął w życiu coś więcej. Inni, podobnie jak ojciec, myśleli o przyszłości ludzkości.

Janine nie chciała jednak zbawiać całego świata, chociaż można by pomyśleć, że w młodzieńczej głowie czasem rodziły się takie prostoduszne pomysły. Bynajmniej. Nastolatka aż za dobrze zauważała, że nie została stworzona do heroicznych czynów. Po prostu nie urodziła się z takimi predyspozycjami. Mimo to miała ambicję, by pozostawić po sobie znaczący ślad. Nie być jedynie prostą dziewczyną ze wsi, którą wyróżniał wyłącznie talent do rysowania. Nie. To definitywnie za mało.

Krytycznie przyjrzała się niepokojącemu na pierwszy rzut oka rysunkowi i westchnęła. W mroku rysowała się bliżej nieokreślona zakapturzona męska sylwetka w mundurze korpusu zwiadowców. Mocne kontury, cieniowanie, ciemne tło — tak dziewczyna wyrażała targające nią wątpliwości. Celowo nie nadała postaci konkretnej twarzy; nawet jakby chciała, nie potrafiła stworzyć wizerunku modelowego żołnierza z jednostki z bardzo prostego powodu. Wszyscy starsi koledzy wybierający karierę wojskową nie zdecydowali się na ten oddział, twierdząc, że tylko głupiec ryzykowałby życie podczas wypraw poza mury. Janine nie określiłaby tego jednak aż tak bezpardonowo. Dla niej to raczej ofiarne bohaterstwo dążące do wyrwania się poza duszące mury, wyraziście malujące się na wizerunku skorumpowanej armii zupełnie jak skrzydła wolności na płaszczach zwiadowców.

Widziała ich raz jako dziesięciolatka. Ian zabrał ją ze sobą do Shinganshiny, a korpus akurat wracał z wyprawy poza mury. I chociaż zdziesiątkowani, pozbawieni nadziei, wydali się dziewczynie interesujący. Janine miała tę niebezpieczną tendencję do łapania się nieprzystających do normy zjawisk i to właśnie wtedy narodziła się jej niezdrowa fascynacja zwiadowcami. Nie wiedziała, czy to przez godny podziwu upór, niezachwianie w przekonaniach czy też plejadę emocji, które dostrzegła w oczach pokonanych żołnierzy, ale było w ich coś takiego, że nie potrafiła wyrzucić ich z głowy na tyle, że sama postanowiła do nich dołączyć.

Świat będzie kręcił się bez sprawiedliwości [Shingeki no Kyojin]Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz