11. Fragmenty (nie) tej samej układanki

133 18 15
                                    

Rok 841, wieś Zickeberg

Uwielbiała rodzinny dom: pianie kogutów o świcie, zapach świeżego wiejskiego powietrza i papierosów palonych na drewnianej werandzie. Rzadko kiedy miała okazję odwiedzać Zickeberg, skoro Erwin niechętnie wydawał zgodę na przepustkę. Janine była nawet wdzięczna losowi, że konfrontacja z Yuną Asahiną zakończyła się obrażeniami wykluczającymi z efektywnego wypełniania żołnierskich obowiązków. Z drugiej strony, nadopiekuńczość ze strony matki i jej kłótnie z wujem Ianem potrafiły doprowadzić do szewskiej pasji, szczególnie gdy wojskowy dryl przyzwyczaił kapitan raczej do wydawania rozkazów niż do ich bezwzględnego przestrzegania.

A prowadzenie dyskusji z July McCartney nie istniało. Tak po prostu. Matka, chociaż niewątpliwie kochała jedyną córkę oraz brata, nie uznawała zaprowadzenia w rodzinnym domu rządów innych niż dyktatura, w której to ona stawiała twarde warunki. Gdy zobaczyła kobietę z obfitym siniakiem na policzku i bolesnym grymasem wykrzywiającym łagodne rysy twarzy, tonem nieznoszącym sprzeciwu rozkazała położyć się do łóżka, a na każdą próbę zrobienia czegokolwiek niż słodkie wylegiwanie się komentowała agresywnym warknięciem. Janine nie pozostało nic innego jak znoszenie humorków July i wymienianie pobłażliwych uśmiechów z wujem za jej plecami.

Najbardziej jednak stęskniła się za Ianem. Kapitan brakowało pogawędek z lekarzem i smaku papierosa wypalonego w doborowym towarzystwie w przerwie między jednym a drugim szkicem. Chętnie dzieliłaby się ze starszym McCartneyem na bieżąco spostrzeżeniami z interakcjami z ekscentrycznymi zwiadowcami — narzekałaby na brak humoru i dryg hazardzisty Erwina Smitha, dziecinne zachowanie Hanji Zoe, gdy przychodziło do interakcji z tytanami czy niedostępność tej nowej zdobyczy, Yuny Asahiny. Ian poklepałby ją pocieszająco po ramieniu i z nieodłączną fajką w zębach skonstatowałby, że Janine ukuła sobie taki los na własne życzenie, a skoro była dużą dziewczynką, najwyższa pora wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje.

Właśnie, odpowiedzialność. Wyboru korpusu zwiadowców nigdy nie wiązała z poczuciem odpowiedzialności za cokolwiek; motywowały ją paląca ciekawość i kaprys dojrzewającej nastolatki. Dopiero z czasem dostrzegła idealizm walki o przetrwanie ludzkości, który wyznawała część żołnierzy i brutalność rzeczywistości za murami. Potem wydarzenia potoczyły się szybko — jako jedyni z Erwinem wyszli cało ze starcia z tytanami, co skończyło się szybkim awansem McCartney. A to wiązało się z tym, że należało wykazywać się zdrowym rozsądkiem i mieć na uwadze również dobro żołnierzy pod własną komendą. Zachowanie równowagi między własnymi zdrowymi zapędami, ryzykanctwem i sumiennym kapitanem to sztuka, której nie zdołała opanować, przez co często dochodziło do kuriozalnych sytuacji z udziałem jej ekscentryków z pewnym pułkownikiem na czele. Możliwe, że tego właśnie Erwinowi zazdrościła, bo o ile ją udawało się sprowokować jak dziecko, to na niewzruszoną twarz Smitha nie było sprawdzonego sposobu.

Niemal przywiązana do łóżka, poświęcała czas smarowaniu grafitem po pożółkniętych kartkach. Z pamięci odtwarzała podobizny członków rodziny (chociaż raz Ian wykazał się cierpliwością i wyjątkowo jej zapozował) i ulubionych zwiadowców: sztywną sylwetkę Erwina pochyloną nad biurkiem i kolejną stertą dokumentacji, potężnego Zachariusa obwąchującego rekruta, podnieconą na widok tytanów Hanji z goglami zamiast okularów i parującą krwią giganta na policzku. Wreszcie na papierze nakreśliła najpierw arystokratyczne rysy Yuny Asahiny, spięte w wysoki kucyk długie brązowe włosy, paraliżujące spojrzenie wyrachowanego zabójcy, sprężyste umięśnione ciało, poprzecinane siateczką bladych blizn dłonie. Nie skończyło się na jednym rysunku — tworzenie podobizn piętnastoletniej szeregowej sprawiało Janine perwersyjną przyjemność, w dodatku skutecznie zabijało czas spędzony na regeneracji obrażeń. Przez chwilę pomyślała nawet, by zaproponować dziewczynie kilka wspólnych treningów, by szybciej wrócić do formy, ale po dłuższej chwili doszła do wniosku, że Erwin prędzej posłałby ją w diabły, niż zaryzykował wysłaniem kapitan na kolejny przymusowy urlop. Co jak co, może i McCartney drażniła go dziecinnymi kaprysami i samolubnym zachowaniem, ale na ludziach znała się jak mało kto. Dużo się od siebie uczyli: ona wspomnianej już wcześniej odpowiedzialności, on z kolei empatii. A przynajmniej jej pozorów.

Świat będzie kręcił się bez sprawiedliwości [Shingeki no Kyojin]Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz