37. Z pozdrowieniami

22 5 0
                                    

Yuna szarpnęła Janine za ramię i zasłoniła jej ciało własnym. Świst rzuconego ostrza przeciął powietrze. Z gardła eksarystokratki wyrwało się warknięcie. Nóż wbił się w pień jednego z otaczających leśną drogę drzew. Dopiero wtedy swoją obecność zdradziło sześciu postawnych mężczyzn w ciemnych płaszczach, z czego jednego twarz przysłaniało szerokie rondo brązowego kapelusza. Asahina zaklęła w myślach. W głębi ducha miała nadzieję, że przynajmniej tym razem się myliła, ale, oczywiście, przeklęty instynkt przetrwania... ech.

— W dupę sobie wsadźcie taki urlop — oznajmiła odważnie pułkownik, na co kapelusznik wyszczerzył w upiornym uśmiechu dwa rzędy równych zębów. Zmrużyła powieki, analizując potencjalnych przeciwników. Możliwe, że poradziłaby sobie z nimi na własną rękę, gdyby nie towarzyszka. Ochrona ludzkiego życia to jedno, a efektywne zabijanie to drugie, a trudno połączyć opanowanie mistrzostwa w obu tych dziedzinach, szczególnie jeżeli niekoniecznie potrafiło się współpracować.

— Nieładnie, kiedy taka młoda panienka nie potrafi się wysłowić.

— Nieładnie w ogóle zachodzić młode panienki — zauważyła McCartney. Asahina sugestywnie ścisnęła ramię towarzyszki. Nie uważała, żeby w tego rodzaju sytuacji zdało się nieszablonowe, ale brawurowe podchodzenie do rozwiązywania problemów, za które doceniano kapitan. Ta zatrważająca pewność siebie, ta aura, którą roztaczał kapelusznik... zupełnie, jakby miała przed sobą wyszkolonych zabójców. A sposób, w jaki poruszał się ten kapelusznik, do złudzenia przypominał byłego recydywistę, którego dwa lata wcześniej Erwin Smith wywlókł z podziemnego miasta i wcielił do korpusu zwiadowczego.

— Och, uwierz, że niekoniecznie mi to pasuje. Każdy normalny facet wolałby wyruchać takie dwie panienki, nie je zarzynać.

Paskudny rechot przeszył powietrze. Grożenie jej to jedno, ale Janine... Nie mogła czekać z założonymi rękami na rozwój wypadków. Sprowokowana, dopadła do kapelusznika, postanawiając, że wyłupi mu oczy gołymi rękoma, żeby więcej nie mógł oglądać ciała nagiej kobiety. Ten jednak zdawał się tylko na to czekać. Bez większego wysiłku zablokował wyprowadzony na oślep atak. Świdrował przeciwniczkę spojrzeniem szaleńca, chociaż siateczka zmarszczek wokół małych oczu przywodziła jej na myśl raczej nieszkodliwe postaci — poprzedniego generała zwiadowców Keitha Shadisa czy wuja partnerki Iana McCartneya. Ten mężczyzna nie miał nic z nimi wspólnego.

Zbliżył niebezpiecznie swoją twarz do twarzy Yuny.

— Spodziewam się wiele po nasieniu tego skurwysyna, wiesz? — wysyczał z uśmiechem szaleńca. Na wspomnienie ojca (tak przynajmniej rozszyfrowała słowa napastnika) ogarnęła ją wściekłość mieszająca się z poczuciem winy. Nie dość, że Satoru Asahina zainteresował się nią w najmniej dogodnym momencie, to jeszcze Janine — drobna wariatka, którą przysięgła chronić — znalazła się w niebezpieczeństwie. I to jeszcze na jakimś pieprzonym zadupiu, gdzie nikt kierujący się zdrowym rozsądkiem nie szukałby pułkownika korpusu zwiadowczego. Nie wzięła jednak pod uwagę, że żandarma-skurwysyna powinna oceniać w niestandardowych ramach.

Ferwor walki pochłonął ją całkowicie. Nie zwracała uwagi na otoczenie, skupiła uwagę na kapeluszniku i próbującym mu pomagać kompanom. Wszystko wskazywało na to, że właśnie on przewodził grupą, a pamiętała, że wyeliminowanie lidera to najskuteczniejszy sposób na rozbicie jedności każdej struktury. Okazał się jednak wprawnym przeciwnikiem — odpierał ciosy, a z twarzy nie schodził mu triumfalny uśmiech, nawet kiedy w dłoni szatynki błysnął nóż, który udało jej się wyjąć z wewnętrznej kieszeni płaszcza. W duchu błagała Janine o wybaczenie i modliła się do nieistniejących bogów, by poradziła sobie sama, bo ona... ona okazywała się za słaba.

Świat będzie kręcił się bez sprawiedliwości [Shingeki no Kyojin]Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz