7. Marna nagroda pocieszenia

146 23 12
                                    

Rok 841, centrala korpusu zwiadowczego

Właściwie nie wiedział, dlaczego czuł się w jej towarzystwie komfortowo. Janine McCartney kojarzyła się z wiatrem o sile huraganu wpadającym niespodziewanie do życia i wywracającym wszystko do góry nogami. W tym roziskrzonym spojrzeniu zielonych oczu Erwin dostrzegał coś na kształt perwersyjnej przyjemności czerpanej z kontaktów z samobójcami, ekscentrykami; tymi, którzy zdecydowali się na ofiarne bohaterstwo w słusznej sprawie. Zresztą kapitan nie miała w zwyczaju ukrywać, dlaczego dołączyła do korpusu zwiadowczego. Pociągały ją przede wszystkim osobowości, a te najbardziej interesujące znajdowała właśnie tutaj. To kolejna z rzeczy, która tak różniła McCartney i Smitha. Jego przede wszystkim zwabiła obietnica odkrycia prawdy, a Janine, o ile zabawiana w odpowiedni sposób, mogłaby spędzić całe życie w kłamstwie. Może dlatego, że odnajdywał w niej tyle przeciwstawnych cech do jego własnych, pozwalał jej przesiadywać w swoim gabinecie i przeszkadzać sobie. Może dlatego znosił papierosowy dym unoszący się nad odpaloną fajką albo rozpraszające, metodyczne skrobaniem grafitem o papier. A może dlatego, że pomimo tylu antagonizmów posiadali jeden istotny element wspólny. Oboje byli pieprzonymi hazardzistami, wręcz uzależnionymi od ryzyka. A kto lepiej zrozumie jednego ryzykanta niż drugi amator mocnych wrażeń?

Nie oznaczało to jednak, że Janine akceptowała i tolerowała wszystkie nieczyste zagrywki Erwina. Wręcz przeciwnie, na osobności lubowała się w wygłaszaniu tyrad na temat etyki i moralności. Często używała przy tym prostego języka — jak zawsze, kiedy była wzburzona i nie do końca kontrolowała wiejskie naleciałości — co rozbawiało mężczyznę na tyle, że unosił lekko kącik ust. Oczywiście, wtedy gdy odważna kapitan nie patrzyła, bo nawet przy niej wolał udawać niewzruszonego dowódcę. Co nie zmieniało faktu, że czasem dla urozmaicenia dawał się przyłapać kobiecie — albo to ona stawała się coraz lepsza w demaskowaniu jego zamiarów? Sam już nie wiedział.

W jej szczerości było coś rozbrajającego. Owszem, Smith spotkał na swojej drodze wielu bezpośrednich ludzi. Nie uważał ich jednak za interesujących, bo w tej bezpośredniości zawsze chodziło o ich dobro. Aroganci zapatrzeni w siebie, jak to lubił ich w myślach nazywać, dbali wyłącznie o bezpieczeństwo. Paradoksalnie, Janine opisałby jako najbardziej egoistyczną z nich wszystkich, ale przy tym zupełnie niezważającą na długofalowe korzyści. Ba! Na liście priorytetów tej pokręconej kobiety własny komfort zajmował niechlubne ostatnie miejsce, a zamiast tego dbała o towarzyszy. Oczywiście, głównie tych, których zakwalifikowała do grona ulubieńców.

Erwin zdawał sobie z tego sprawę, że od pamiętnej wyprawy za mury Janine McCartney uznała go za godnego tego tytułu. Prawdę mówiąc, miał do tego ambiwalentny stosunek.

Charakterystyczne pukanie do drzwi przerwało spokojne dotąd popołudnie. Deszcz równomierne uderzał o zatrzaśnięte okiennice, a Smith po wykonaniu codziennych obowiązków zajął się planowaniem taktyki mającej na celu ograniczenie strat w ludziach. Wyprawy za mur przynosiły więcej szkód niż korzyści, a nieefektywne wyprawy bardziej niż jego samego rozdrażniały rząd i nieprzychylnych korpusowi zwiadowców szlachciców decydujących o finansowaniu ekspedycji. Erwin, przeczuwając nadchodzące odcięcie środków pieniężnych, bez konsultacji z generałem rozpoczął pierwsze prace nad zmianami w sposobie funkcjonowania jednostki, jakkolwiek nieodpowiedzialne i brawurowe się to wydawało. Dowódca Shadis ufał jego instynktowi, więc najprawdopodobniej zgodziłby na wprowadzenie usprawnień. Sam pomysł był jeszcze w powijakach, Smith pracował nad nim po godzinach, więc dzień taki jak ten wydawał się wybawieniem. Do czasu, kiedy Janine McCartney bez ostrzeżenia zakłóciła spokój.

Taneczny krok zdradzał rozradowanie. Uśmiechała się promiennie jak zawsze, kiedy obudzono jej niezdrowe zainteresowanie ekscentrycznymi ludźmi. To nie była radość; to ekstaza. Szczupłe dłonie młodej kobiety zaciskały się na przyciśniętych do piersi teczkach, najprawdopodobniej z dokumentami, a sądząc po entuzjazmie kapitan, znajdowały się tam pliki ze szkolenia tych kadetów, którzy zdecydowali się wybrać korpus zwiadowczy. Janine ekscytowała się tym jednym czasem w roku, zdawała się pogodniejsza niż zwykle, czym wzbudzała niepokój nawet u najbardziej zaprawionych w boju weteranów.

Świat będzie kręcił się bez sprawiedliwości [Shingeki no Kyojin]Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz