1. Karczma "Pod Podskakującym Kogutem"

553 41 53
                                    

Rok 826, Mitras, podziemne miasto

W życiu napotkał niezliczoną liczbę rzeczy, których nie cierpiał, począwszy od śmierdzących spelun w podziemnym mieście, przez wybrzydzające skąpe świnie próbujące negocjować i tak uwłaczające godności stawki za zlecenia, kończąc po wrażeniu uwięzienia. Z tym ostatnim mierzył się, ilekroć spojrzał na pięćdziesięciometrowe, odgradzające resztki ludzkości od krwiożerczych bestii mury. Ten świat nie był sprawiedliwy, szczególnie jeśli nie urodziło się w szlacheckiej rodzinie albo nie zdecydowało się przystąpić do szkolenia wojskowego. A Ian McCartney z pewnością nie zaliczał się do żadnych z wymienionych kategorii. Pochodzący z wsi Zickeberg młody lekarz z trudem wiązał koniec z końcem, a jego sytuacji o wiele nie poprawiła ryzykowna decyzja o współpracy ze stołecznym półświatkiem.

A już na pewno nie z tym osobnikiem, o ile jeszcze można by posądzić go o resztki jakiegokolwiek człowieczeństwa.

Cuchnąca alkoholem po nocnej libacji karczma Pod Podskakującym Kogutem odstraszała potencjalnych gości, a przynajmniej tych niezwiązanych bezpośrednio z przestępczym biznesem. Wśród miejscowej biedoty krążyły legendy, że to właśnie w tym miejscu najczęściej można było trafić na największych recydywistów, chociaż mimo wielu nalotów żandarmerii nigdy tychże plotek nie potwierdzono. Nic dziwnego, w końcu tak naprawdę kto z tych skorumpowanych zakłamanych leni dbających wyłącznie o ciepłe wojskowe posadki wiedziałby, kogo szukać, a nawet w razie powodzenia nie przyjąłby odpowiedniej ilości gotówki? Te wszystkie czynniki sprawiały, że chociaż czuł się obco w podziemnym mieście, to przynajmniej względnie bezpiecznie. Co nie zmieniało jednak faktu, że najchętniej własnoręcznie podłożyłby ogień między spróchniałymi deskami i ze szczytu schodów obserwowałby, jak półświatek pochłaniają płomienie. Na szczęście, miał na tyle zdrowego rozsądku, żeby jeszcze tego nie zrobić.

Dawno nienaoliwione zawiasy w drzwiach zaskrzypiały, gdy zjawił się długo oczekiwany przez Iana jegomość. Wparował jakby do siebie, bezpardonowo rozsiadł się na nie pierwszej nowości stołku barowym i niby rozleniwiony zsunął jasny kapelusz z szerokim rondem na czoło. McCartney strzepał popiół z palonego papierosa do popielniczki, zaciągnął się, po czym powoli wypuścił szary dym z płuc. Kątem oka obserwował przybysza w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję. W słabym świetle wpadającym przez okna dostrzegł umięśnione ciało wojownika przesłonięte brązowym płaszczem, pociągłą twarz, zadziorny uśmieszek i te dłonie, zwinne, gotowe w każdym momencie poderżnąć ofierze gardło. Od ich ostatniego spotkania nie zmieniły się ani trochę.

— Rozmowny jak zawsze — rzucił zamiast powitania kapelusznik. Z niebezpiecznym błyskiem w oczach zlustrował McCartneya wzrokiem, po czym wybuchnął głośnym rechotem. — Kurwa, Papuga, wyglądasz, jakbyś chciał mnie z miejsca zajebać.

— Dziwisz się? — prychnął Ian w odpowiedzi. — Wyciągasz mnie z chaty, każesz się bujać do Mitras i wreszcie się spóźniasz — wytknął mu odważnie. Co jak co, dobry lekarz na usługach recydywisty to towar deficytowy i póki co o własną skórę się nie obawiał. Póki co, bo nie wiedział, co siedziało pod tymi brązowymi kudłami. Zaciągnął się po raz kolejny. — Więc co ci załatwić? Informacje? Przerzucić coś w obręb Rose? Poskładać jednego z twoich kumpli? — zapytał bez owijania w bawełnę.

— Potrzebuję rady, stary — rzucił niespodziewanie. McCartney zmarszczył czoło, przygotowany na to, że rozmówca na powrót się roześmieje i oznajmi mu, że tylko go sprawdzał. — No co? Jesteśmy kumplami, nie? Nie wiem, co sobie o mnie myślisz... chociaż nie, czekaj, wiem. Ale słuchaj, czasem też potrzebuję kogoś zapytać o radę.

— Jaja sobie ze mnie robisz — skwitował z lekceważeniem Ian.

— Nie, dlaczego? — zdziwił się.

Świat będzie kręcił się bez sprawiedliwości [Shingeki no Kyojin]Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz