15. Bełkot szaleńca

106 15 7
                                    

Rok 841, centrala korpusu zwiadowczego

Janine nie przepadała za wieloma obowiązkami wysoko postawionych oficerów, w tym na wypełnianie stosów raportów po niemal każdej wyprawie za mury. Papierkowa robota doprowadzała ją do furii, najchętniej zdemolowałaby gabinet w momencie, kiedy dokumenty lądowały na jej biurku (bądź też pracownię Erwina, o ile w tamtej chwili tam przebywała), ale przyzwoitość nakazywała zachować chociaż pozory klasy. Nie zmieniało to jednak faktu, że żołądek podchodził jej do gardła, kiedy tylko pomyślała o twarzach zmarłych zwiadowców, których nazwiska, niczym statystyczna wartość, lądowały zapisane w starannie odkreślonych rubrykach. Jeżeli nie znosiła czegoś bardziej od bycia świadkiem śmierci towarzyszy, to właśnie traktowania ich w tak protekcjonalny sposób już wtedy, gdy nie potrafili się temu przeciwstawić.

Pułkownika Smitha podziwiała za wiele rzeczy, między innymi właśnie za to, że w takich momentach zachowywał zimną krew. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy wypełniał raporty, które w pedantyczny niemal sposób układał na rogu biurka. Niezmarszczone czoło, analityczne spojrzenie błądzące po kartce, nieprzerwane kreślenie kolejnych znaków na papierze — aż trudno uwierzyć, że ten człowiek raportował listę poległych towarzyszy broni. Janine wielokrotnie zastanawiała się, co w takich chwilach czuł, ale po kilkukrotnym usłyszeniu odpowiedzi, że ci żołnierze to konieczna strata, przestała pytać.

Od ekspedycji minął tydzień. Mimo że Keith Shadis zdążył dwukrotnie udzielić McCartney reprymendy, trudno było jej zebrać się do dokumentacji. Wolne chwile spędzała, chowając się w gabinecie Erwina i skrobiąc po kartce (rysunki, nie raporty, rzecz jasna). Smith nie miał nic przeciwko obecności kapitan — zwyczajowo nie zwracał na nią uwagi, pogrążony albo w pracy, albo w rozmyślaniach. I chociaż generał czy pozostali wyżej postawieni oficerowie doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie szukać ekscentryczki, nikt nie pofatygował się, by zaciągnąć ją siłą do wypełniania obowiązków.

Jeszcze, bo trzykrotnie w karierze Janine McCartney zdarzało się, że na polecenie głównodowodzącego ktoś — najczęściej Flagon Turret — zdołał posadzić ją na krześle i wyczekująco patrzeć, dopóki nie skończyła pracy. Takie scenariusze zwykle kończyły się opróżnianiem piersiówki w towarzystwie innego oficera, truciem go dymem papierosowym i wysłuchiwaniem uwag, że Erwin nigdy nie powinien podawać jej do awansu.

Możliwe, że kapitan miał wtedy rację, że Janine efektywniej sprawdziłaby się jako szeregowy żołnierz, ale pułkownik Smith zdawał się głuchy na jej sugestie. A jeżeli generał Shadis brał pod uwagę czyjekolwiek zdanie przy podejmowaniu decyzji o zmianach w dowództwie, to właśnie Erwina. I właśnie nad tym blondynka ubolewała — bo ten nigdy nie podzielił się z nią powodami, dla których w ogóle nalegał, by dalej pełniła funkcję, mimo niemożności poradzenia sobie z odpowiedzialnością.

Erwin był wdzięcznym modelem. Godzinami potrafił siedzieć przy biurku, poruszając wyłącznie dłonią, za pomocą której manewrował piórem. Nie zwracał uwagi na analityczne spojrzenia, którymi mierzyła go Janine, próbując jak najwierniej oddać szczegóły męskiej twarzy, uchwycić spokój kryjący się w spojrzeniu niebieskich oczu. Najprawdopodobniej zdawał sobie z tego sprawę, podobnie jak to, że szkicowanie jego portretu skutecznie odwracało uwagę McCartney od sterty raportów do wypełnienia kurzących się na jej własnym biurku. Przez dwa lata zdążyła uwiecznić Erwina kilkanaście razy, najczęściej w podobnych pozycjach. Poza martwą naturą posiadała również w kolekcji podobizny Michego, Hanji i, oczywiście, Yuny Asahiny. Autoportret popełniła dwa razy — jeden na prośbę matki, drugi na wyraźne życzenie wuja, niezadowolonego, że to July przypadło w udziale zostanie obdarowaną własnoręcznie wykonanym prezentem.

— Pomyślałem, że to najwyższa pora na spotkanie.

Odezwał się niespodziewanie, wyrywając Janine z zamyślenia. Ręka zawisła nad kartką — kobieta, przyzwyczajona do zagadywania w najmniej oczekiwanym momencie, zdołała uniknąć dotknięcia papieru grafitem w niepożądanym miejscu. Przez chwilę mierzyli się ze Smithem wzrokiem, ale McCartney nie potrafiła wyczytać nic z niewzruszonej twarzy. Westchnęła ciężko, po czym zapytała:

Świat będzie kręcił się bez sprawiedliwości [Shingeki no Kyojin]Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz