Potem przyszło otrzeźwienie. Pan powiedział, że przyśle do niego lekarza. Przecież mogli go karmić kroplówkami. Jego plan nic by więc nie dał. Postanowił go zatem zmienić. Głodówka wymagała czasu, dawała przestrzeń na odkrycie i interwencję. George nie chciał już czasu. Chciał końca. Natychmiastowego, ostatecznego i pod jego pełną kontrolą.
Obraz wypełnionej ciepłą wodą wanny, ostrza żyletki i cichego rozstania z cierpieniem — ten obraz utkwił w jego umyśle z niezwykłą jasnością. To była droga. Szybka, czysta i, co najważniejsze, samodzielna. Nikt nie mógł mu tego odebrać.
Przez następne godziny, a może dni — czas stracił dla niego znaczenie — George odgrywał posłusznego. Gdy Rish przynosił jedzenie, brał kilka kęsów, tyle by odsunąć od siebie podejrzenia. Pił wodę. Jego oczy, choć wciąż puste, nie unikały już spojrzeń. W głębi tej pustki tlił się teraz jeden, jasny cel.
Pewnego popołudnia, gdy cisza w rezydencji była głęboka, a światło za oknami przybierało złocisty odcień, George wstał z łóżka. Jego ruchy były spokojne, precyzyjne. Nie czuł strachu, tylko determinację. Otworzył szufladę w łazience i odszukał wśród przyborów toaletowych zwykłą, ale ostrą jak brzytwa żyletkę. Schował ją w dłoni. Metal był chłodny.
Łazienka była lśniąca i sterylna. Obrócił klucz w zamku, słysząc ciche, ale satysfakcjonujące kliknięcie. Był sam. Po raz pierwszy od tygodni miał pełną kontrolę nad przestrzenią.
Odkręcił kran. Ciepła woda z sykiem zaczęła wypełniać olbrzymią, białą wannę. Patrzył, jak poziom rośnie, a para osadza się na lustrze, ukrywając jego odbicie. Było to symboliczne. On też się zacierał.
Gdy wody było wystarczająco dużo, zakręcił kran. W łazience zapadła nagła, niemal religijna cisza, przerywana tylko cichym pluskiem, gdy wchodził do wanny. Ciepło otuliło jego wychłodzone ciało, budząc w nim poczucie bezpieczeństwa, które utracił.
Nie wahał się. Nie było już miejsca na wątpliwości. Uniósł lewą rękę, obnażając wewnętrzną stronę przedramienia, gdzie niebieskie żyły rysowały się tuż pod przezroczystą skórą. Prawą dłonią, pewnie i stanowczo, przyłożył do niej ostrze.
Jeden, głęboki, czysty ruch. A potem ciepło. Inne niż woda. Intymne. A potem — szkarłat. Piękny, żywy, przerażający szkarłat, który sączył się wolno, a potem trysnął strumieniem, barwiąc wodę na ciemny, krwisty kolor. Nie czuł bólu. Tylko ulgę. Otworzył drugi nadgarstek.
Oparł głowę o krawędź wanny i zamknął oczy. Słyszał tylko cichy szum w uszach i plusk kropli krwi o wannę. Wspomnienia nie nadchodziły. Była tylko cisza i poczucie ciężaru zsuwającego się z piersi. To w jego oczach nie było samobójstwo. To było wyjście z więzienia, którego ściany utkano z jego własnego ciała i złamanej psychiki.
Wiedział, że nikt nie przyjdzie. Że nikt nie wyważy drzwi z krzykiem. Że jego ostatni akt buntu, jego jedyna prawdziwa wolność, pozostanie tajemnicą między nim a powoli ciemniejącą wodą, aż będzie za późno. I to było doskonałe. Był wreszcie sam. Był wolny. Ciemność, która nadchodziła, nie była straszna. Była obietnicą zapomnienia, której tak desperacko pragnął. Ostatnim, co poczuł, był spokój.
***
Duradel wiedział. Stojąc w swoim gabinecie, z palcami złożonymi w piramidkę pod brodą, obserwował wewnętrzny monolog George'a nie jak czytaną książkę, ale jak rozwijający się, ponury dramat. Widział każdą myśl, każdą falę rozpaczy, która prowadziła do tej jednej, krystalicznie czystej decyzji. Podcięcia żył. Wanny. Kontroli.
I pozwolił na to. Był to zimny, wyrachowany eksperyment. Test granic ludzkiego ducha. Chciał zobaczyć, czy w tym złamanym, apatycznym ciele wciąż tli się iskra czegoś na tyle potężnego, by podjąć tak ostateczny krok. Czy George jest już jedynie bierną ofiarą, czy ma w sobie mroczny rodzaj determinacji?
Gdy George zamykał drzwi do łazienki, Duradel poczuł coś, czego dawno nie doświadczył — przebłysk czegoś, co mogło być uznane za szacunek. To nie była histeria, nie był to impuls. To była metodyczna, przemyślana decyzja samobójcy. Akt ostatecznego sprzeciwu. I to... to było ciekawe. Niespodziewane.
Słyszał w myślach George'a ciszę, która zapadła po odkręceniu wody. Czuł chłodną pewność, z jaką chłopak wziął żyletki. I gdy nastąpiło cięcie — głębokie, czyste, bez wahania — Duradel skinął głową, jakby potwierdzając własną teorię. Chłopak był odważniejszy, niż się spodziewał. Miał w sobie mrok, który wampir przeoczył, skupiony na czymś innym.
Ale oczywiście, nie miał zamiaru pozwolić mu odejść.
Gdy tylko krew George'a zaczęła barwić wodę, a jego świadomość mgliła się od utraty krwi, Duradel poruszył się. Jego ruch nie był gwałtowny i pośpieszny. Był celowy, jak chirurga idącego na ratunek pacjentowi, który sam sobie wyrządził krzywdę.
Drzwi do łazienki, zamknięte na klucz, otworzyły się pod lekkim dotykiem jego woli. Stanął w progu, jego sylwetka rzucała długi cień na scenę w wannie. Jego oczy, zimne i analityczne, objęły cały obraz: bladą, niemal przezroczystą twarz George'a, szkliste, półprzytomne oczy i tę szkarłatną wodę, w której powoli tracił życie.
— Nierozsądne — szepnął, a jego głos nie był do końca spokojny, choć pozbawiony gniewu. — I niezwykle... skuteczne.
Krzywda, jaką sobie wyrządził chłopak, była większa, niż wampir zakładał, że zdoła sobie wyrządzić. Upływ krwi postępował w zastraszającym tempie, a Du już wiedział. Chłopak pokrzyżował mu plany.
Rzucił się do wanny, sięgając do wody w krwawym kolorze. Jego dłonie, zwykle tak precyzyjne, drżały lekko, gdy chwycił nadgarstki George'a. Rany były głębokie. Bardzo głębokie. Nie miał minut, by go ratować. Nie miał też czasu, by się zastanawiać nad rozwiązaniami. Nie chciał pozwolić odejść chłopakowi, wiedział więc, co musi zrobić...
YOU ARE READING
Slave Academy. Yaoi (18+)
FantasyOkładkę stworzyła wspaniała: Shadow_river Młody chłopak, George, trafia do Akademii, w której tresowani są niewolnicy seksualni. Wie, że nie uda mu się uciec, jedyne, co mu pozostaje, to ulec, dać się wytresować i sprzedać. Jedynym jego celem jest o...
~~~~ 59.~~~~
Start from the beginning
