Rozdział 3.

9.7K 609 5

Obserwowałem ją. Widziałem, że stara się opuścić to parszywe miejsce najszybciej, jak się tylko da i miałem ochotę zrobić to razem z nią. Bała się mnie, jej strach dało się wyczuć na kilometr. Zastanawiałem się tylko, co robi akurat tutaj. Taka księżniczka powinna wymachiwać pomponami na boisku w szkole obok, a nie przemykać się jak najszybciej na zewnątrz. Ciekawe, jaki diabeł siedział za tą śliczną twarzyczką.

Straciłem zainteresowanie blondynką, jak tylko znalazła się poza terenem zakładu. Jak zawsze. Nigdy nie skupiałem na nikim uwagi dłużej, niż to było konieczne. Stałem, oparty o ogrodzenie i uważnym spojrzeniem lustrowałem otoczenie. Wszyscy zebrali się w stołówce na obrzydliwym obiedzie. Nie zamierzałem iść za ich przykładem, a personel doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Przyzwyczaili się już, że nigdy nie robię tego, o co się mnie prosi. Nigdy.

Pierwszy raz trafiłem tutaj cztery lata temu. Miałem szesnaście lat i dopiero zapoznawałem się z prawami rządzącymi ulicami Bradford. Powód był zajebiście pospolity, teraz wydaje mi się to aż zabawne – zwykła bójka o paczkę fajek. Mój przeciwnik wyszedł z tego w o wiele gorszym stanie, ale to ja spędziłem tutaj dobre cztery miesiące.

Czy „nawróciłem się na właściwą drogę” jak to mówiła ta suka, Smith? Oczywiście, że nie.

Niedługo po wyjściu stąd przygarnął mnie przywódca największej w tamtym czasie grupy w Bradford. Słyszał trochę o moich wyczynach i postanowił przechwycić, jak tylko wyjdę na wolność. Oczywiście, za dobre sprawowanie przyznawano nam jeden dzień przepustki raz na dwa miesiące. Pierwsza, próbna, była wyznaczana już po dwóch tygodniach. Jeśli ją schrzaniłeś i wpadłeś na durny pomysł ucieczki – gwarantowano ci dodatkowy rok tych „wakacji”, jak to nazywali wszyscy mieszkańcy zakładu.

Awansowałem cholernie szybko i niedługo po osiemnastych urodzinach byłem już drugim w hierarchii ważności człowiekiem po Michaelsonie. Miałem jedną, cholernie dobrą cechę – potrafiłem błyskawicznie przystosować się do sytuacji. Dlatego, kiedy mój „opiekun” zginął w strzelaninie gdzieś na obrzeżach miasta, błyskawicznie przejąłem dowództwo. Część zgodziła się bez wahania, a ta druga część… nie mam pojęcia, co się z nimi stało. Przynajmniej teoretycznie.

Po pół roku wpadłem po raz drugi. Tym razem wsypał mnie jeden z zaufanych ludzi. O mało co nie trafiłem do paki, ale jakoś się wywinąłem. Zapewne zadziałał mój urok osobisty oraz niepodważalne fakty na to, że broń w moim mieszkaniu ktoś mi podrzucił. Wystarczyło uruchomić kilka kontaktów, spreparować odpowiednie dowody i to mój wspólnik gnił teraz w więzieniu, a nie ja. Takie prawo dżungli. Od tej pory nasza grupa działała jak w zegarku. Żadnych wsyp.

Posiedziałem tutaj kolejne pół roku, ale wyszedłem zdecydowanie mądrzejszy. Swoją drogą, dziwiłem się, że nie zmienili tego idiotycznego regulaminu – jeśli młodociany przestępca dobrze się sprawował, po upływie pół roku mógł opuścić ośrodek. Za pierwszym i drugim razem w moim przypadku tak było. Teraz jednak… totalnie mi nie zależało. Miałem plan i powody, aby wprowadzić go w życie.

Wszyscy doskonale mnie tu znali, a zwłaszcza ten frajer, Thomas, który za każdym razem usiłował nastawić mój skrzywiony kręgosłup moralny. Starał się tak bardzo, że dwa razy skończył z podbitym okiem. Nikomu nie pisnął ani słowa, a ja z trudem tłumiłem śmiech, słysząc jego tłumaczenia w stylu „poślizgnąłem się i spadłem ze schodów”. Nawet tutaj się mnie bali. Zwłaszcza tutaj.

Pociągnąłem ostatniego macha i niedbale odrzuciłem niedopałek na ziemię. Moje oczy uważnie zlustrowały okolicę, zanim z tylnej kieszeni dżinsów wyciągnąłem telefon. Gwizdnąłem go z depozytu. Jak? Miałem… kilka znajomości wśród strażników. Za odpowiednią kasę nawet anioł stróż by się ugiął.

1000 ways to hell | z.m.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!