Rozdział 4.

9.4K 635 21

Jeśli wczorajszego ranka się stresowałam, to dzisiejszy dzień nie miał z nim porównania. Nie zjadłam dosłownie nic, było mnie stać jedynie na przełknięcie kilku łyków kawy. Żołądek miałam ściśnięty tak mocno, że na samą myśl o jedzeniu robiło mi się niedobrze.

Victoria patrzyła na to wszystko z wyrazem twarzy pełnym dezaprobaty. Jej apetyt jak zwykle dopisywał. Na szczęście nie komentowała tego w żaden sposób, więc mogłam w spokoju skupić się na umieraniu z nerwów.

- Nie chcę cię stresować, ale… - serio, Viki? Naprawdę nie widzisz, że ledwo żyję z nerwów? Jeden powód więcej w tę czy w tamtą stronę nie robił mi różnicy.

Spojrzałam na nią pozornie obojętnie. W rzeczywistości niemalże zdrętwiałam ze strachu.

- Znowu dzwonił Harry?

- Tak, tym razem do mnie na komórkę. Bardzo… nalega na spotkanie – Victoria zawsze czerwieniła się na najmniejszą wzmiankę o nim.

Wiedziałam, że podoba się dziewczyną. Był naprawdę uroczy – te dołeczki w policzkach, loczki jak u herubinka i zniewalające zielone oczy. Tylko, że ja wiedziałam coś, o czym reszta nie miała pojęcia – pod tą fasadą krył się straszny skurwysyn. I właśnie dlatego musiałam przed nim uciekać. Na wszelkie możliwe sposoby.

Bez zastanowienia spokojnie zeskoczyłam ze stołka i podeszłam do aparatu stojącego na kuchennym blacie. Jednym, pewnym ruchem wyrwałam kabel od telefonu z kontaktu, permanentnie niszcząc urządzenie. Usłyszałam zduszony okrzyk Victorii za sobą, ale nie zwróciłam na to specjalnie uwagi. Otworzyłam okno i chwilę później naszych uszu dobiegł trzask rozbijającego się na kawałki telefonu.

- Co, do kurwy nędzy…? – zaczęła dziewczyna kręcąc głową z niedowierzaniem, ale nie pozwoliłam jej dokończyć.

- Uwierz mi, że tak będzie lepiej. Poproś rodziców, żeby dzwonili do ciebie na komórkę. Rachunki za telefon za dużo nas kosztują.

Po tych słowach podeszłam do przyjaciółki, lekko ucałowałam ją w policzek i wyszłam, czując, jak z mojego serca spada kamień. Jedna komplikacja mniej.

Po raz kolejny w ciągu dwudziestu czterech godzin szybkim krokiem pokonałam drogę dzielącą mnie od bramy do wejścia prowadzącego do wnętrza zakładu. Jak zwykle kręciło się tam kilka osób o niezbyt przyjemnym wyglądzie, ale ku mojej wielkiej uldze, nigdzie nie zauważyłam tego popaprańca, na którego wczoraj wpadłam.

Portier najwyraźniej już mnie kojarzy, bo zobaczyłam, jak lekko kiwa mi głową w geście przywitania. Podniesiona na duchu, uśmiechnęłam się lekko i raźniejszym krokiem ruszyłam do gabinetu Smith. Sekundę po tym, jak zapukałam, usłyszałam jej oschły głos, zapraszający mnie do środka.

Od wczorajszego dnia nic się w tym miejscu nie zmieniło, poza liczbą osób, które w nim przebywały. Kiedy tylko weszłam, z fotela pod oknem podniósł się wysoki, dobrze zbudowany blondyn, wyglądający na dwadzieścia pięć lat. Tak na oko. Był nawet przystojny, ale kompletnie nie w moim typie. Na szczęście. Zanim zdążyłam się w jakiś sposób odezwać, dwoma wielkimi krokami pokonał dzielącą nas odległość i złapał moją dłoń pomiędzy swoje, znacznie większe. Potrząsając nią delikatnie, powiedział:

- Jestem Thomas Ferguson, główny opiekun grupy wiekowej 18-20. Celine, prawda?

- Um… tak – wydukałam, lekko zbita z tropu jego bezpośredniością. Najdelikatniej jak mogłam, wyplątałam palce z uścisku mężczyzny i opuściłam rękę wzdłuż ciała.

- Świetnie! – cieszył się dlatego, że mam na imię Celine czy po prostu jest równie pieprznięty jak cała reszta? – Dobrze się składa, bo mam akurat wyjątkowo trudny przypadek i to świetna okazja, żebyś mogła się czegoś o tym zawodzie nauczyć.

1000 ways to hell | z.m.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!