Rozdział 7.

8.4K 575 5

Od godziny leżałam na łóżku, usiłując podjąć jakąkolwiek decyzję. Obracałam telefon pomiędzy palcami. Co pięć minut decydowałam się wybrać numer mojej siostry, po czym rzucałam aparat za siebie. Pierwszy raz byłam tak cholernie niezdecydowana.

- Kurwa, Celine, weź się w garść – mamrotałam do siebie, z twarzą ukrytą w dłoniach.

Ktoś by powiedział – to proste, po prostu naciśnij zieloną słuchawkę i zadzwoń. Oczywiście, to mogłoby takie być, gdyby nie fakt, że nie rozmawiałam ze swoją rodziną od dobrych dwóch lat. I nie chciałam tego robić.

Zawsze wychowywałam się bez ojca, który większość mojego życia spędził w więzieniu. Mieszkałam sto kilometrów od Bradford , w na tyle małej miejscowości, aby musieć przez te lata znosić łatkę „córki degenerata”. Cztery lata tama tatuś wyszedł z więzienia, ponownie zamieniając nasze życie w piekło. Pierwsza uciekła Alice, moja starsza siostra. Zawsze była między nami silna więź, dlatego tak bardzo mnie to zabolało. Razem z matką byłyśmy zdane na pastwę losu. Do czasu. Pewnego dnia weszłam do jej pokoju i zastałam ją leżącą w łóżku, nieprzytomną. W garści ściskała dużą ilość tabletek. Podobną część połknęła i właśnie dlatego… nie dało się jej uratować. Kolejna osoba, która zastawiła mnie samą. Alice po tym fakcie nie odezwała się ani słowem, a ja byłam zmuszona uciekać. Wiedziałam, że gdybym została, moje życie już do końca zamieniłoby się w piekło.

Dlatego ten telefon tak bardzo wytrącił mnie z równowagi. Musiałam jednak stawić temu czoła, jak każdej dotychczasowej sytuacji. Gwałtownie usiadłam na łóżku i zdecydowanym ruchem nacisnęłam zielony przycisk. Kiedy usłyszałam pierwszy sygnał wiedziałam, że nie ma już odwrotu.

- Halo? – usłyszałam tak dobrze znany mi głos i wspomnienia powróciły. Zamrugałam gwałtownie, próbując pozbyć się łez spod powiek – Celine, to ty?

Odchrząknęłam cicho. Nie chciałam, aby mój głos zadrżał, chociażby ledwo zauważalnie.

- Tak – powiedziałam wypranym z emocji tonem, mocniej zaciskając palce na telefonie – Dzwoniłaś do Victorii. O co chodzi? Skąd w ogóle masz jej numer?

- Nawiązałam kontakt z rodzicami twojej przyjaciółki – słyszałam w jej głosie lekką desperację, jakby za wszelką cenę starała się skierować rozmowę na nieco normalniejsze tory – Wszystko u ciebie w porządku?

Miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę. Co za bezczelna, mała kretynka.

- Nie udawaj, że cię to obchodzi – prychnęłam ironicznie – Nie po czterech latach kompletnego olewania mnie. Mów lepiej, w jakiej sprawie dzwonisz.

Alice westchnęła po drugiej stronie.

- Nie rozumiesz, ja musiałam…

- Nie obchodzi mnie, co musiałaś – warknęłam – Jeśli nie masz mi do powiedzenia nic konkretnego, to kończę.

- Zaczekaj! – zawołała gwałtownie, a kiedy nie usłyszała urywanego sygnału, w jej głosie ponownie pojawiło się znużenie – Chodzi o ojca.

- Co z nim? – zapytałam pozornie obojętnie, chociaż w rzeczywistości cała drżałam ze strachu.

- Znowu… Znowu jest w więzieniu – dlaczego mnie to nie dziwiło? – Pytał, czy mogłybyśmy go odwiedzić.

Wybuchłam pustym, pozbawionym radości śmiechem. Co za popieprzony świat. A ja musiałam  tkwić po uszy w gównie, w które nawet nie chciałam się pakować.

- Niech nawet o tym nie marzy. Nie ma takiej opcji. Do widzenia, Alice.

Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłam się gwałtownie. Sytuacja coraz bardziej wymykała się spod kontroli, a ja marzyłam tylko o ucieczce, na którą w tym momencie nie mogłam sobie pozwolić.

1000 ways to hell | z.m.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!