Rozdział 10.

8K 574 8

Dochodziła dwudziesta druga. Za pieprzone pięć minut wszyscy pozamykają się w swoich pokojach, łącznie z zielonymi ze strachu opiekunami. Siedziałem w pokoju, nerwowo wystukując palcami rytm o kant łóżka. Okej, denerwowałem się i nikt nie powinien się temu, kurwa, dziwić. Nie codziennie uciekałem z dobrze chronionego ośrodka. Teoretycznie dobrze chronionego.

Cały czas czekałem także na cynk od Louisa. Miał tutaj być za równe dziesięć minut i właśnie wtedy powinienem na niego czekać w umówionym miejscu. Czyli za cholernymi trybunami. Nie było sensu uciekać frontem – z każdego okna ktoś mógłby mnie zobaczyć, a wtedy zgniłbym w więzieniu.

Słyszałem trzaski zamykanych drzwi i coraz częściej i głębiej nabierałem powietrza w płucach. Pod łóżkiem leżała spakowana torba podróżna – nie miałem tego wiele, kilka ubrań na zmianę i takie duperele. Przezornie szeroko otworzyłem okno, aby nie robić zbyt dużego hałasu. Wiedziałem, że mój pokój jest jednocześnie słabym punktem tego budynku – bardzo dobrze schowany, nie mógłby być obserwowany tak, jakby tego chciała Smith. Czasami zastanawiałem się, dlaczego taka głupia stara rura jest dyrektorką takiej placówki.

Z rozmyślań wyrwała mnie wibracja telefonu. Chwyciłem go pomiędzy palce i odczytałem  wiadomość, na którą tak długo czekałem.

Od: Louis Tomlinson:

Czekam. Możesz wychodzić, czysto.

Odetchnąłem głęboko, całkowicie wyciszając dźwięk. Sięgnąłem pod łóżko i szarpnąłem torbę, zawieszając jej pasek na ramieniu. Mój pokój znajdował się na pierwszym piętrze, co trochę utrudniało mi sprawę, ale… skakałem już z dużo większych wysokości.

Oparłem się dłońmi o parapet i wychyliłem na zewnątrz. Wokół panowała głęboka cisza, przerywana tłumionymi odgłosami dochodzącymi z sąsiednich pokoi. Zsunąłem torbę z ramienia i wycelowałem nią w krzak rosnący tuż pod moimi oknami. Wylądowała tam z cichym plaśnięciem, nikt się nawet nie zorientował. Przynajmniej o to bym się modlił, gdybym umiał.

Wskoczyłem na parapet i po raz ostatni obejrzałem się na znienawidzony pokój. Na moich ustach pojawił się uśmieszek. Już nigdy tutaj nie wrócę. Na pewno nie żywy. Nie zwlekając dłużej odepchnąłem się nogami od kamiennej powierzchni i skoczyłem, wyciągając dłonie tak, aby zamortyzować upadek.

Trochę zabolało, kiedy walnąłem o ziemię, odnosiłem jednak gorsze obrażenia w ciągu całego swojego życia. Przez chwilę kucałem na miękkim, pokrytym trawą gruncie, zaciskając mocno powieki. Musiałem unormować oddech i opanować natrętne pieczenie w dłoniach i stopach.

Podniosłem się w końcu, na początku uważnym spojrzeniem lustrując otoczenie. W dalszym ciągu pusto. Dodatkowo stałem poza kręgiem światła rzucanego przez latarnię, co zdecydowanie ułatwiało sprawę. Chwyciłem torbę i zacząłem przemykać się pod ścianami budynku, w kierunku boiska.

Dopiero, kiedy znalazłem się pod kamiennymi trybunami, odetchnąłem z ulgą. Pozostawało tylko przedostać się przez żelazne ogrodzenie, ale to nie było już takie trudne. Jak wspominałem, ta idiotka najwyraźniej nie wpadła na to, że ktoś może odkryć przerwę między ogrodzeniem a stopniowo wznoszącymi się, kamiennymi ławkami. Jej błąd, mój zysk.

Zauważyłem Tomlinsona, opartego o maskę czarnego, nierzucającego się w oczy samochodu. Syknąłem cicho, a on podniósł wzrok i szybko podszedł do ogrodzenia po drugiej stronie. Bez słowa odebrał ode mnie torbę, którą przerzuciłem wysoko nad siatką. Podziwu godny refleks, przyjacielu.

Umiejscowiłem w odpowiednich punktach siatki dłonie i stopy, zaczynając się wspinać. Na samym szczycie obejrzałem się jeszcze raz. Nikt nie zauważył mojej ucieczki. Zrobią to dopiero rano, kiedy będzie im się chciało ruszyć dupska, żeby otworzyć pokój i zawołać mnie na śniadanie. Nie zastanawiając się dłużej, przerzuciłem nogę przez ogrodzenie i po chwili stałem obok Tomlinsona.

1000 ways to hell | z.m.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!