Rozdział 1.

24.6K 719 20

Wystarczył jeden fałszywy ruch, żeby wszystko wzięło w łeb.

Miejsce, które wybrałem, wydawało się względnie bezpieczne, ale nie mogłem być tego pewien na sto procent. Ciemny zaułek powoli ginął w mroku, a ja czekałem na samym jego końcu. Wiedziałem, gdzie znajdują się pozostali. Do tej roboty wziąłem najbardziej zaufanych ludzi, jednak w moim przypadku to określenie zawsze można było wziąć w cudzysłów.

Nigdy nie ufałem nikomu do końca. Stare przyzwyczajenia.

Jeden z nich został ze mną, w razie, gdyby człowiek, na którego czekaliśmy, się stawiał. Nie twierdzę, że nie dałbym sobie z nim rady sam. Oczywiście, że tak. Po prostu czasami dodatkowy człowiek robił większe wrażenie i niezwykle pomagał w naszych... negocjacjach.

Dwóch pozostałych patrolowało krótką, zapuszczoną uliczkę, na którą wychodziło się prosto z zaułka. O tej porze mieszkańcy tej dzielnicy Bradford chowali się w domach, udając, że są ślepi i głosi na to, co się dzieje na zewnątrz. Cholernie mądre posunięcie.

Nie tylko z tego względu było to idealne miejsce. Często odgłosy pijatyk i awantur domowych były tak głośne, że z powodzeniem zagłuszały wszystko, co się działo na ulicy. Dzisiaj jednak było za cicho. Właśnie to sprawiało, że obudziły się we mnie bardzo niedobre przeczucia. A kiedy ja miałem niedobre przeczucia to znaczyło, że coś się, kurwa, wydarzy. Nie było jednak czasu na zmianę miejsca i jeszcze poinformowanie o tym... zainteresowanych. Musiałem więc zdać się na los i własny spryt. Tylko na własny. Nigdy nie pokładałem stu procentowej pewności w innych ludziach.

Na razie jednak ci dwaj nie dawali żadnych niepokojących sygnałów, mogłem więc w spokoju opierać się o odrapaną ścianę starego magazynu i palić kolejnego papierosa. Powoli przytknąłem filtr do ust i zaciągnąłem się nikotynowym dymem. Wiedziałem, że to niebezpieczny nałóg, ale całe moje życie takie było. Mało prawdopodobne, żeby zabiły mnie akurat fajki. To byłoby zbyt ironiczne, nawet jak na moją osobę.

Wypuszczając kółka dymu z ust, spojrzałem uważnie na drugą stronę ulicy. Mimo coraz głębszego mroku wyraźnie widziałem sylwetkę osoby, co do której mogłem powiedzieć, że ufam jej bardziej niż... przeciętnie. Stare dzieje robią swoje, nawet w przypadku takich ludzi jak my.

Miał na sobie ciemny, obszerny dres, dzięki czemu aż tak bardzo nie rzucał się w oczy, a to było cholernie ważne. Twarz ukrył pod kapturem, tak skutecznie, że mogłem zobaczyć czasami tylko błysk jego oczu, kiedy ukradkiem obserwował ulicę. Dokładnie o to mi chodziło. Wygiąłem kąciki ust w pełnym satysfakcji uśmieszku i przeniosłem wzrok na mojego towarzysza.

- Która godzina? - zapytałem, krótko, przyglądając się żarzącej w mroku końcówce papierosa.

- Dochodzi dziesiąta - mruknął wyraźnie spięty Mark. Trochę mnie to bawiło, ale chłopak był w końcu nowy w tej branży. Dzisiejszy dzień był dniem jego testu.

Nie odpowiedziałem, nie było takiej potrzeby. Nie lubiłem bawić się w bzdurne pogaduszki, w absolutnie żadnej sytuacji. Kątem oka obserwowałem Marka. Miał około siedemnastu lat i od co najmniej roku bardzo się starał zdobyć naszą przychylność. Na początku zbywałem go dość skutecznie, w końcu był zaledwie gówniarzem sikającym w majtki, przynajmniej w moich oczach. Po roku jednak, kiedy Spencer musiał... zmienić towarzystwo na kumpli z więziennej celi, stwierdziłem, że powinniśmy dać mu szansę. Zaczęło się od drobnych zleceń, z których wywiązywał się zaskakująco dobrze. To jednak nie wystarczyło, nie w moim świecie. Dzisiaj miało się okazać, ile jest wart. Może bardzo wiele, a może... po prostu gówno.

Zerknąłem przelotnie na stojącego po drugiej stronie ulicy przyjaciela. To wystarczyło. Zauważyłem ledwo dostrzegalny potakujący ruch głową i lekko się wyprostowałem. Mark zauważył to i natychmiastowo zbladł.

1000 ways to hell | z.m.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!