Rozdział 8.

8.5K 619 20

Siedziałam w salonie, upajając się faktem, że dzisiejszy dzień to akurat piątek, a ja mogę wreszcie bezkarnie poleniuchować. Trochę roztargnionym wzrokiem wgapiałam się w telewizor, w dłoniach ściskając kubek gorącej herbaty. Wiem, to mogło być trochę dziwne, zważywszy na porę roku, kiedy jedyne, o czym wszyscy marzyli to zimne piwo albo cola z lodem. Po prostu uwielbiałam herbatę.

I zajmowałam głowę czymkolwiek, byle tylko nie myśleć o tym, co zdarzyło się wczoraj w ośrodku. Wyszłam z tamtego pokoju na miękkich nogach, a potem poprosiłam Thomasa o wcześniejsze zwolnienie. Wymówiłam się jakimś bólem głowy albo brzucha, nie pamiętam już. Wiedziałam tylko, że muszę jak najszybciej opuścić to miejsce i odetchnąć świeżym powietrzem.

Zgodził się, chociaż miałam wrażenie, że nie do końca mi wierzy. Nie obchodziło mnie to ani trochę. Tak szybko jak się da, porwałam torbę i wyszłam, oddychając głęboko, jak tylko znalazłam się na zewnątrz. Jakbym łapczywie potrzebowała tlenu.

A więc Malik i Harry się znali. Dlaczego tak mnie to zaskoczyło? Mieszkaliśmy w pieprzonym Bradford. Poza tym Styles obracał się w bardzo podejrzanych kręgach, więc to chyba logiczne, że musieli się kiedyś spotkać. Mimo wszystko… miałam coraz większe poczucie osaczenia. Przeszłość biegła za mną zawsze, nieważne, dokąd się udałam. Tym razem złapała mnie i miała postać jednego z podopiecznych tego cholernego ośrodka.

Zayn go nienawidził. Widziałam to po sposobie, w jaki o nim mówił. Nie to jednak tak bardzo wyprowadziło mnie z równowagi. Raczej wspomnienie jego ciepłego oddechu tuż przy moim uchu, zapachu dobrych perfum i tej cholernej bliskości, której nie czułam od tak dawna. Od zbyt dawna. Wiedziałam, że nie powinnam o tym myśleć, a jednak nie mogłam się powstrzymać.

Zayn, podobnie jak Harry, był definicją wszystkiego, czego musiałam unikać, aby przeżyć. Tylko, że ja nigdy, przenigdy nie słuchałam głosu rozsądku. Co już kilka razy mnie zgubiło.

Ten wieczór zamierzam spędzić w domu, ale moja przyjaciółka najwyraźniej nie. Co jakiś czas słyszałam, jak upuszcza coś w łazience i przeklina pod nosem. Obawiałam się, że zdążyła wypić już kilka drinków i dlatego wszystko szło jej tak opornie. Uśmiechnęłam się pod nosem. Victoria uwielbiała imprezować, ja także nie pogardzałam takim spędzaniem wolnego czasu. Ale nie dzisiaj. Byłabym tylko ponurą kulą u jej nogi.

Huknęły drzwi, a w salonie pojawiła się wystrojona Victoria. Wyglądała naprawdę dobrze. Długie ciemne włosy swobodnie rozpuściła, założyła na siebie obcisłą, czarną sukienkę.

- Idziesz sama czy ktoś po ciebie przyjdzie? – zapytałam z lekko uniesioną brwią. Nie wyobrażałam sobie, żeby tak ubrana łaziła sama po ulicach Bradford.

Machnęła ręką, grzebiąc dłonią w szafie, w poszukiwaniu torebki.

- Spokojnie, nie idę sama.

Jakby na potwierdzenie tych słów rozległ się klakson samochodu. Victoria podskoczyła i klasnęła w dłonie, a ja potrząsnęłam głową, mocno rozbawiona. Mimo, że byłyśmy w tym samym wieku, czasami miałam wrażenie, że to ja jestem tutaj sporo starsza. Obserwowałam, jak zakłada wysokie szpilki i lekko niepewnym krokiem zbliża się do kanapy, aby dać mi buziaka. Po chwili usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i już jej nie było.

Musiałam przyznać, że odetchnęłam z ulgą. Marzyłam o chwili samotności. Była mi potrzebna, aby w spokoju uporządkować myśli i chociaż na chwilę nie musieć odpowiadać na pytania. Upiłam łyk herbaty i nieobecnym spojrzeniem śledziłam to, co się dzieje na ekranie.

Dlaczego właściwie ostrzegał mnie przed Harrym? Co go obchodziło moje życie? Ich porachunki mnie nie dotyczą, z pełną wzajemnością zresztą. Był chyba jeszcze bardziej pojebany, niż Styles. A do tego… wciąż nie mogłam zapomnieć o uczuciu, jakie ogarniało mnie pod wpływem naszej bliskości. Nic nie poradzę, brakowało mi czegoś takiego. Uciekłam od Harry’ego już dobre półtora miesiąca temu.

1000 ways to hell | z.m.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!