Rozdział V

1K 58 9
                                                  

Po wyjściu McGonagall, myśli Hermiony szalały.
- Komu mam pomóc? To mężczyzna czy kobieta? Jak mam mu lub jej uratować życie? Dlaczego ja? - kalejdoskop myśli szalałby nadal, ale usłyszała kroki i do pokoju weszła dyrektorka, a za nią.... Severus Snape. Patrzyli na siebie zaskoczeni swoją obecnością. Pierwszy ciszę przerwał Mistrz Eliksirów:
- Panna Granger. - niby stwierdził, niby zapytał.
- Profesorze. - skinęła głową na przywitanie.
- Usiądź Severusie. - nakazała starsza z kobiet, nalewając wszystkim Ognistej do szklanek.
- Ty, z własnej woli częstujesz mnie Ognistą?- zauważył złośliwie.
- To co muszę Wam powiedzieć, jest trudne do przyjęcia na trzeźwo. - zaśmiała się nerwowo kobieta. Podała wszystkim szklankę z bursztynowym płynem i usiadła na przeciwko nich. - Severusie. - zwróciła się do mężczyzny.  - Wiesz, jak Albus cenił Ciebie? W sumie, to myślał o Tobie trochę jak o synu, którego nie posiadał.
- Dlaczego mnie nie dziwi, że ta szopka ma związek z tym starym dropsocholikiem? - zakpił. McGonagall tylko spiorunowała go spojrzeniem i kontynuowała.
- Postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy, aby zapewnić Ci szczęście u boku kobiety po zakończeniu wojny.
- Nie podoba mi się to. - mruknęła Hermiona niby do siebie, niby do byłego nauczyciela, na co on tylko skinął, że się z nią zgadza.
- Dzień przed swoją śmiercią wykonał staromagiczny rytuał i powiązał Wasze dusze w rutuale bratnich dusz.
- Co?! - wykrzyknęli równocześnie.
- Po waszej reakcji rozumiem, że wiecie na czym polega rytuał i nie muszę go tłumaczyć.  - oboje przytaknęli zerkając to na Minervę, to na siebie nawzajem. - Dumbledore poszedł kilka kroków dalej ze swoim rytuałem. - upiła łyk alkoholu - Dołożył zaklęcie, że jeśli z jakichś przyczyn Wam się nie uda i w ciągu sześciu lat od rytuału się w sobie nie zakochacie i nie weźmiecie ślubu, to... Severus umrze na atak serca.
- Na prawdę czuł się panem życia i śmierci profesora Snape'a, żeby robić coś takiego? - młoda kobieta nie kryła swojego oburzenia. - Kim on był, żeby decydować o tym, z kim weźmiemy ślub? Dlaczego akurat ja?
- Powiem tak. - McGonagall zdjęła okulary. - Od dwóch lat męczył mnie, że mam ściągać Cię, Hermiono do Hogwartu. Nie chciał mi powiedzieć dlaczego. Dopiero dwa tygodnie temu, gdy zagroziłam, że spalę wszystkie jego portrety, opowiedział mi o tym rytuale. Powiedział, że chciał zapewnić Severusowi szansę na szczęśliwe życie. Wybrał Ciebie, bo jako jedyna, poza mną, jeszcze przed wojną, wyrażałaś się o Severusie z szacunkiem, jako o człowieku godnym podziwu, nie potępienia. - brew nauczyciela powędrowała w górę, gdy spoglądał na byłą uczennicę, a ona oblała się rumieńcem.  - Poza tym uważał, że tylko wy jesteście w stanie zrozumieć u siebie nawzajem miłość do książek i pęd do wiedzy. Ponadto, ty także Severusie, nie oczywiście wprost, mówiłeś o Hermionie, jako jedynej myśląceji i inteligentnej uczennicy, która ma mózg i wie do czego on służy. - tym razem ona spojrzała na niego zdziwiona, a on ukrył twarz za kurtyną swoich czarnych włosów.  - Dodatkowo, uznał, że tylko Hermiona ma na tyle twardy charakter i cięty język, żeby sobie poradzić z twoim temperamentem, Severusie.  Jak to określił, albo się pokochają, albo się pozabijają.- oboje prychnęli, nie wiadomo czy ze złości, czy z rozbawienia.
- Zaraz! - wykrzyknęła Granger. - Jeśli to było przed śmiercią Dumbledore'a i wyznaczył okres sześciu lat...
- To został nam niecały rok. - dokończył zdanie za nią, jak kiedyś robili bliźniacy Weasley.
- Dokładnie tak. - McGonagall mówiła spokojnie. - Albus nie przewidział jednego, że Hermiona po wojnie ucieknie do świata mugoli i nie będziecie mieć ze sobą kontaktu. Dlatego zaproponowałam Hermionie posadę nauczyciela Zaklęć. Może jesli spędzicie ze sobą więcej czasu, coś z tego jednak wyjdzie. - uśmiechnęła się blado.
- A jeśli nie?  - Hermiona zerwała się na równe nogi ze łzami w oczach. - Mamy wziąć ślub z rozsądku, żeby uratować życie profesora? Czy może mam pozwolić, żeby profesor Snape umarł, a ja mam sobie układać życie ze świadomością, że go nie uratowałam, że pozwoliłam by umarł. - jej ramiona drżały, a z oczu płynęły łzy. Czuła, że tak wiele zależy od niej i że nie podoła. Nagle poczuła, że ktoś ją obejmuje. Wtuliła się w te ramiona i rozpłkała. Dopiero, gdy przyszło opamiętanie, zrozumiała, że wtula się w ramiona Severusa Snape'a. Podniosła zapłakany oczy i napotkały czarne tęczówki pełne spokoju.
- Nie oczekuję od Ciebie, że będziesz mnie ratować, Granger. Nawet Ci na to nie pozwolę. - powiedział aksamitnym szeptem.
- Ale wtedy pan umrze.  - jej czekoladoweoczy znów wypełniły się łzami.
- Nie pozwolę, abyś zmarnowała sobie życie u boku starego mordercy, bo jakiś naćpany cukrem staruch tak sobie uroił. Zabraniam Ci, słyszysz Granger, zabraniam Ci mnie ratować.  Ja swoje przeżyłem. Nawet jeśli umrę za niecały rok, to i tak wìęcej niż na to zasłużyłem. - podał jej szklankę z whisky, a ona wypiła duszkiem do ostatniej kropli, na co jego lewy kącik ust poszybował w górę w kpiarskim uśmiechu.
Kiedy Mistrz Eliksirów przechodził przez gabinet dyrektora rzucił:
- Jesteś idiotą Dumbledore.
- Ale ja chciałem dobrze.  - żachnął się dotychczas udający śpiącego były dyrektor.
- Dobrymi chęciami jest wybrukowane piekło. - odparł Snape wychodząc.
Tej nocy Hermiona nie zmrużyła oka. Biła się z myślami, analizując wszelkie możliwe warianty postępowania i ich skutki oraz argumenty przemawiające za i przeciwko każdego z nich. O piątej nad ranem podjęła ostateczną decyzję i miała opracowany wstępny plan działania.
- Pewnie jak zwykle, górę nad rozsądkiem bierze moja gryfońska buta, pewnie się nie uda i będę tego żałować do końca życia. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie podjęła tego ryzyka. - myślała chwilę przed zapadnięciem w sen.
W tym samym czasie, Severus Snape także intensywnie myślał i przeszukiwał wszystkie swoje księgi z nadzieją, że znajdzie sposób na odwrócenie rytuału. Nie chodziło mu o niego. On mógł umierać. Dostatecznie był zmęczony swoim marnym życiem, by nie dostrzec w tym absurdzie tego małego pozytywu. Jemu o chodziło o tę przeklętą małą Granger.
- Chociaż już nie taką małą. Trzeba przyznać, że jest na czym oko zawiesić. - Natychmiast zbeształ się za takie myślenie. Musiał znaleźć sposób na odwiedzenie tej upartej Gryfonki na ratowanie jego. Znając ją, a przez tyle lat uczenia i ratowania tyłków jej i tych dwóch półgłówków, był przekonany, że będzie chciała go ratować za wszelką cenę. Nieważne czy będzie to cena jej życia, wolności, dziewictwa (jeśli jeszcze je ma). Nie, no taka młoda, ładna kobieta  na pewno... Wróć! Nie myśl o tym. Za cenę wszystkiego, co tylko może oddać, nawet do trzech pokoleń do przodu. Muszę jej wybić ten chory pomysł z głowy. - z tą myślą oddał się w objęcia Morfeusza.

Bratnie duszePrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz