Rozdział IV

1.1K 59 4
                                                  

Od rozmowy z dziadkiem była przekonana o słuszności podjętej decyzji, a przynajmniej tak sobie wmawiała, spychając wszelkie wątpliwości na dno umysłu. Dodatkowo  pani Branche, którą kazała sobie mówić po imieniu, przekonywała ją, że warto sprawdzić co nowego czeka ją w Hogwarcie, że może demony przeszłości, których się tak obawia albo już nie są tak przerażające, albo istnieją już tylko w jej głowie.
W czwartek rano wszystkie wątpliwości "wyskoczyły" ze zdwojoną siłą powodując, że nie potrafiła się na niczym skupić.
- Po co ja tam jadę? Czego może chcieć ode mnie McGonagall? Czy na prawdę tylko ja jestem w stanie jej pomóc? W czym? A co, jeśli ktoś się dowie o moim przybyciu? Nie chciałabym nikogo spotkać i musieć się tłumaczyć. - kłębiące się w głowie myśli spowodowały, że był to najtrudniejszy i najbardziej ciągnący się dzień pracy od początku jej kariery w wydawnictwie. Niewiele pomogło, że w związku z rozpoczynającym się długim weekendem i obchodami rocznicy zakończenia wojny, puścili ich do domów godzinę szybciej.
Po powrocie, wzięła długą kąpiel z olejkiem lawendowym dla uspokojenia i postanowiła się spakować.
- Co ja mam ze sobą wziąć?  - myślała stojąc przed otwartą garderobą  - Nie mam żadnych szat czarodziejów. - ostatecznie zdecydowała się na zabranie jeansów i kremowego swetra, wieczorowej bordowej sukienki, którą transmutowała w szatę oraz szarej ołówkowej spódnicy i granatowej bluzki z wiązaniem pod szyją. Oczywiście piżamę, bieliznę i kosmetyki. Na drogę ubrała dopasowane spodnie w kolorze toffi oraz łososiowy sweterek i wygodne botki na słupku. Na wierzch narzuciła popielaty płaszcz do kolan z rozłożystym kołnierzem i paskiem. Pamiętała, że początek maja w Szkocji wcale nie jest tak ciepły jak we Francji. Już dzień wcześniej uzgodniła z sąsiadką, że zajmie się Krzywołapem, który jak się okazało i tak u niej prześladuje, kiedy Hermiona jest w pracy. Wrzuciła wszystko do małej torebki potraktowanej zaklęciem zmniejszająco- zwiększającym i gotowa usiadła na kanapie.
Zanim zdążyła zacząć po raz kolejny wymyslać tysiąc powodów, dla których powinna była odmówić, usłyszała pukanie do drzwi wejściowych. Z westchnięciem wstała z kanapy i ruszyła do przedpokoju.
- Dobry wieczór Hermiono. - w progu stała Minerva McGonagall.
- Dobry wieczór Pani profesor.  - odpowiedziała.
- Już nie jesteś moją uczennicą.  - uśmiechnęła się starsza kobieta - Mów mi po imieniu.
- Postaram się.  - dziewczyna lekko się zarumieniła.
- Gotowa? - zapytała Minerva. - Więc chodźmy do Chloé. U niej więcej miejsca do teleportacji. - dziewczyna tylko przytaknęła i wyszła z mieszkania, zamykając drzwi na klucz, który i tak miała przekazać pani Branche.

- Bądź otwarta, na to co Cię czeka, moje dziecko.  - sąsiadka usciskała ją.
- Chloé. - syknęła McGonagall  - Opanuj się. - po chwili poczuły dziwne ssanie w okolicy pępka i świat zaczął wirować. Po kilku minutach stanęły w gabinecie dyrektora Hogwartu. Hermiona rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu. Oprócz tego, że panował w nim idealny porządek i brakowała Faweks'a, nie zmienił się on od czasu urzędowania w nim Dumbledore'a. Wszędzie pełno było zwojów pergaminu, ksiąg i magicznych przedmiotów, co do przeznaczenia których, w większości przypadków nie była nawet w stanie sobie wyobrazić.
- Witaj ponownie w Hogwarcie, moja droga.  - dyrektorka uśmiechnęła się wskazując jej fotel. - Przez ten weekend będziesz mieszkała w moich prywatnych komnatach. Wiem, że nie chciałaś, aby nikt niepożądany dowiedział się o twoich odwiedzinach, dlatego nie będę Cię namawiać do jedzenia posiłków w Wielkiej Sali. Chociaż nie ukrywam, że wiele osób bardzo by się z Twojej wizyty ucieszyło. Ale cóż, uszanuję twoją prośbę. Skrzaty domowe będą do Twojej dyspozycji.
- Dziękuję pani... Minervo.  - poprawiła się, przypominając sobie propozycję nauczycielki.- To dla mnie ważne.
- Rozpakuj się. Ja zamówię u Skrzatów kolację, a potem spokojnie porozmawiamy i wytłumaczę Ci, po co Cię tu ściągnęłam. - poprowadziła ją schodami do prywatnych komnat dyrektora.
Urządzone były w jasnych kolorach, choć nie brakowało im dodatków w barwach i z symbolami Domu Lwa.
Jej pokój okazał się być dużym pomieszczeniem o jasnoszarych ścianach i ciemnej podłodze, na której leżał szary, puchaty dywan.  Meble, czyli łóżko z baldachimem, komoda, toaletka z lustrem i trzydrzwiowa szafa były białe, tak jak zdobiony gzyms kominka, na przeciw którego stała duża czarna kanapa z dwoma identycznymi fotelami i szklany stolik kawowy. Zarówno kanapa, jak i łóżko obłożone były masą białych, szarych i bordowych poduszek.
- Jak tu pięknie.  - zachwyciła się.
- Miałam nadzieję, że Ci się spodoba. - uśmiechnęła się starsza kobieta  - Rozgość się, za kwadrans zapraszam na kolację.
Kiedy Minerva wyszła, Hermiona za pomocą magii rozpakowała się, a następnie podeszła do dużego okna z widokiem na błonia i jezioro.
- Jak mi tego brakowało.  - uśmiechnęła się do siebie. -  I tak bardzo bałam się tu wrócić.- odwróciła się od okna i weszła do beżowo-złotej łazienki. Umyła ręce i ruszyła do salonu, gdzie już czekała na nią McGonagall z kolacją.
- Rozumiem, że to pani Branche jest Twoim dobrze poinformowanym źródłem informacji na mój temat?  - zagadnęła w trakcie jedzenia.
- Nie będę ukrywać, że tak. - zaśmiała się dyrektorka  - Chloé Branche, z domu Bronson, jest moją przyjaciółką jeszcze z czasów, kiedy obie byłyśmy tutaj uczennicami.  W czasie wymiany studenckiej poznała swojego późniejszego męża Luisa Branche'a. Zakochali się w sobie. On miał już zapewnioną posadę we francuskim Ministerstwie Magii, dlatego to ona przeniosła się do Francji. Cały czas utrzymywałyśmy kontakty. Nawet jestem matką chrzestną ich córki Marié-Eleonor. Po śmierci Luisa, namawiałam Chloé do powrotu do Anglii. Powiedziala, że nie zostawi Luisa samego we Francji, nawet po śmierci. Poza tym miała córkę.  Kilka lat po śmierci Luisa, Marié-Eleonor zmarła na raka kości. Chloé bardzo to przeżyła, bardziej niż śmierć męża. Nadal nie chciała wracać do Anglii. Początkowo nie wiedziałam, że jesteście sąsiadkami. Dopiero przy którejś wizycie u niej, zastałam śpiącego na fotelu Krzywołapa. Twój Kuchuar jest tak wyjątkowy, że poznałabym go wszędzie. - zaśmiała się serdecznie.
Po skończonym posiłku, gdy skrzaty zabrały naczynia, Minerva nalała im obu po kieliszku wina i usiadła w fotelu na przeciwko młodej kobiety, która momentalnie zesztywniała rozumiejąc, że za chwilę pozna powód jej obecności w Hogwarcie.
- Hermiono, chciałabym żebyś najpierw mnie wysłuchała do końca. - zaczęła rozmowę nauczycielka z bardzo poważną miną - Potem odpowiem na wszystkie Twoje pytania, a następnie dam Ci czas na przemyślenie sytuacji.- młoda czarownica niepewnie, ale bez słowa skinęła głową twierdząco.
- Są dwie sprawy, dla których ściągnęłam Cię tutaj. - zaczęła niepewnie.  - Po pierwsze, Profesor Flitwick zdecydował się przejść na zasłużoną emeryturę i zaproponował Ciebie, jako nowego nauczyciela Zaklęć. Wiem, że od kilku lat niewiele posługujesz się magią. Dlatego propozycję składam Ci już dzisiaj, żebyś miała czas na odświeżenie wiedzy, jeśli ją przyjmujesz lub ja na znalezienie kogoś innego na to stanowisko, w przypadku Twojej odmowy. Wiem, że chciałaś się odciąć od naszego świata. Dlatego zrozumiem, jeśli odmówisz. Ale bardzo bym była zadowolona, gdybyś zechciał zasilić nasze szeregi. Jeśli jednak odmówisz... Wtedy nie wiem co z tą drugą, nie ukrywam ważniejszą sprawą, od której zależy ludzkie życie. A raczej od decyzji, którą podejmiesz, zależy życie osoby, którą bardzo cenię.
- Co to za sprawa i czyjego życia dotyczy? - dziewczyna nie zauważyła, że ze zdenerwowania mówiła prawie szeptem.
- Tego się dowiesz za chwilę, gdy przyjdzie mój gość.  - McGonagall ruszyła w stronę drzwi do gabinetu.  - Zanim go przyprowadzę, pamiętaj co Ci powiedziała Chloé, bądź otwarta na to, co się wydarzy. - po tych słowach wyszła, zostawiając przerażoną dziewczynę z mętlikiem w głowie samą.

Bratnie duszePrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz