Brzydkie słowo na „p"

Zacznij od początku
                                    

Nie jest streszczeniem, planem wydarzeń ani spisem treści. Takie rzeczy służą nam – autorom – a nie czytelnikom. Spis treści to spis treści, plan wydarzeń to plan wydarzeń, streszczenie to streszczenie. Czy są Ci potrzebne? Zasadniczo tak. Czy mają coś wspólnego z prologiem? Absolutnie nie.

Nie jest blokiem ekspozycji. Z czymś takim spotykam się przeważnie w opowiadaniach fantasy – prolog bywa tam często cholerną encyklopedią dotyczącą świata, który autor stworzył. Spoiler: blok ekspozycji to zło w każdej postaci. Przedstawienie świata, rzeczywistości, w której dzieje się akcja, musicie wpleść w tekst, w dodatku stopniowo. Mam dla Was smutną, ale aż boleśnie prawdziwą informację: Wasz świat nikogo nie obchodzi. Musicie pokazać go w przystępnej, ładnej formie, by ktokolwiek się nim zainteresował w choć minimalnym stopniu. Żaden z czytelników nie będzie miał ochoty na dzień dobry zapoznawać się z podręcznikiem do historii/biologii/geografii/wiedzy o społeczeństwie, z którego mógłby korzystać któryś z Waszych bohaterów w szkole – a niestety często można się właśnie z taką formą spotkać. Pokazuj, a nie mów!

Nie jest zupełnie osobną historią. Fakt, prolog ma wprowadzać we właściwą opowieść i nie jest powiedziane, że musi być ściśle powiązany z fabułą, ale nie można tu przesadzić. Bardzo, bardzo złą rzecz zrobił na przykład Paweł Majka w „Dzielnicy obiecanej" (Uniwersum Metro 2033), która przy tym jest genialna, ale jakże irytująca w swojej – pozwolę sobie użyć tego słowa, choć jest trochę na wyrost – głupocie: prolog wykorzystał do wprowadzenia w zupełnie inną historię niż reszta książki. Jest to iście szatańskie zagranie, zwłaszcza że ogólna fabuła powieści (szczegółów już nie pamiętam, bo dawno to czytałam) była... no cóż, niezbyt porywająca, ale człowiek to czytał z nadzieją, że wątek poruszony w prologu wróci. Nie. Nie ma. A historię rozpoczętą w prologu z wielką chęcią bym poznała, bo koncepcja była świetna (ów prolog akurat pamiętam doskonale, ale nie chcę tu spoilerować). Teraz z jednej strony kusi mnie, żeby kupić kolejną książkę tego autora, bo wciąż liczę na to, że wreszcie kontynuuje ten wątek, ale z drugiej nie mogę się na to zdobyć, bo obawiam się kolejnego tego typu rozczarowania. Tego rodzaju chwyt jest więc mieczem obosiecznym.

Nie jest listą bohaterów. Tu raczej rozdrabniać się nie muszę.

Nie jest cytatem. Cytat to cytat, nierzadko powiązany jakoś z ogólną fabułą opowieści, ale prolog to nasza twórczość. Możemy wpleść w nią cytat, oczywiście, ale nie może być po prostu cytatem.

Nie jest wylewem intelektualnym, Twoim miejscem na wypoetyzowanie się. Opowieść to opowieść, a nie filozoficzny bełkot, który lepiej sprawdziłby się w tomiku wierszy. Wprowadzenie do fabuły nie jest zbiorem nie do końca logicznych, niezwiązanych z całą resztą narracji linijek traktujących o jakichś truizmach, tylko, jak sama nazwa wskazuje, wprowadzeniem do historii, przedstawieniem jej na początku w stopniu wystarczającym, by można było przejść dalej.

Nie jest pierwszym rozdziałem. Pierwszy rozdział pełni dokładnie tę samą funkcję co czwarty, siódmy czy piętnasty – opowiada historię w porządku jako tako chronologicznym (chyba że przyjmiemy sobie inną konwencję, ale to już osobny temat). Prolog, jak już chyba ustaliliśmy, pełni zupełnie inną funkcję i nie należy tutaj stawiać znaku równości.

Czy więc należy pisać te prologi? Odpowiedź jest taka sama jak na każde pytanie związane z pisaniem: to zależy. 

Zasadnicze pytanie, które musimy sobie zadać, to „czy ja w ogóle potrzebuję prologu". Wiadomo, trzeba wprowadzić czytelnika w świat, przedstawić mu bohaterów i tak dalej, ale jeśli chcemy robić to stopniowo, budując klimat, nie ma sensu pakować do opowieści prologu. In medias res też moim zdaniem nie jest zbyt istotnym argumentem w tej dyskusji, bo w rozdziale też bez problemu można zrobić przeskok czasowy. 

Pytanie drugie: „czy mam co napisać w prologu"? Jeśli nie masz w planie żadnego wydarzenia, które potencjalnie można w nim umieścić, rozwiązanie problemu pisania lub niepisania prologu jest chyba oczywiste.

Pytanie trzecie: „czy prolog wniesie cokolwiek do opowieści"? To „cokolwiek" oznacza tutaj wprowadzenie w jakiś zawiły świat lub wciągnięcie czytelnika, zachęcenie go, by czytał dalej. Jeśli nie, pisanie prologu ponownie mija się z celem.

Jaka jest w tym wszystkim moja opinia? Uważam, że prologi to relikt przeszłości i przeważnie są zwyczajnie niepotrzebne, choć w pewnych uzasadnionych przypadkach mogą okazać się faktycznie przydatne. Te uzasadnione przypadki widzę niestety tylko trzy:

– kiedy chcemy rozpocząć opowieść sceną akcji, która ma miejsce później niż, powiedzmy, w połowie pierwszego rozdziału; 

– kiedy chcemy rozpocząć opowieść wydarzeniem z czasu przed rozpoczęciem właściwej fabuły, a wspomnienie tego wydarzenia przewija się tu i ówdzie w rozmowach czy myślach bohaterów i jest w jakiś sposób istotne dla naszej historii;

– kiedy mamy naprawdę skomplikowany wątek na dzień dobry i bez choćby pobieżnego wyjaśnienia nie da się przejść do rzeczy.

Innych opcji nie widzę i większość prologów, które znajduję w opowiadaniach, wywaliłabym na zbity pysk, bo nie są nawet zbliżone do tego, czym prolog – według definicji – powinien być. A jakie jest Wasze podejście do prologów? Lubicie? Pomijacie? Piszecie je? Jeśli do tej pory nie znaliście definicji prologu – myśleliście, że jaką pełni funkcję?

I taki mały cliffhanger zarzucę na koniec: pracuję nad jednym projektem, który z całą pewnością się Wam spodoba i zasadniczo już stoi w miarę stabilnie, ale pokażę go Wam (tu, w narzekajniku), gdy już będzie nieco bardziej treściwy. Spoiler: nie będzie na Wattpadzie i zacznie się tematem dość podobnym do tej notki ^^

A tymczasem: do następnego, kalafiorki!

Oczami Azie: o WattpadzieOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz