Rozdział 8

12 2 0
                                                  

Była to niewielka wioska, wioska której nie powinno tutaj być. Tak daleko na północy, za Bramą nie powinno być już żadnych osad. Na południu zawsze się mówiło, że Brama oddziela ludzi od dziczy. Matthew pomyślał, że „Brama" to dość osobliwe określenie – nie było tu nic, żadnego muru, żadnej bramy jak to wyobrażał sobie gdy był kilkuletnim chłopcem mieszkającym w Tertenir. Nie było tam jednak nic, zwykły posępny las gdzie nawet zwierzęta nie chciały się osiedlać, a za nim wielkie połacie pustej przestrzenie upstrzone gdzieniegdzie karłowatymi drzewami i krzewami. Poza kilkoma wyższymi pagórkami rozciągająca się na północy przestrzeń była niemal idealnie płaska. Było to na swój sposób osobliwe. Spodziewał się, że schodząc z gór ku Bramie teren będzie nierówny, wyboisty. To co jednak ujrzał to rozległy las w oddali na całkowicie równym terenie. Może to dlatego nazwano ten teren granicą, Bramą Północy.

Był późny wieczór i mieszkańcu osady kończyli prace w polu, przygotowywali się do powrotu do swych domostw. Niebo zasnuły ciężki, ołowiane chmury. Za chwilę miał lunąć rzęsisty deszcz. Lepiej się pospieszyć – pomyślał Matt i przyspieszył kroku poprawiając swój stary, wielokrotnie łatany plecak podróżny. Musiał się gdzieś schować przed ulewą, a że nie było w okolicy żadnego stosownego miejsca musiał skorzystać z gościny tubylców. Zawsze wolał unikać ludzi. Po tym incydencie z Wichrem Śmierci w każdym mieście, w każdej wiosce południa ludzie go unikali. Nawet właściciele gospód niezbyt chętnie wynajmowali mu pokój. Nie dziwił im się jednak bo sam dobrze wiedział, że w nim coś jest, że tamte wydarzenia sprzed siedemnastu lat zmieniły go. Dlatego też brnął coraz głębiej w północne ziemie. To stąd przybył wicher, zza Bramy, to właśnie tutaj musiał szukać odpowiedzi. Wiedział, że mieszkańcy osady nie przyjmą go zbyt chętnie, a już na pewno nie zrobią tego jeśli najdzie ich w nocy podczas ulewy.

Zbliżając się do pierwszych domostw spodziewał się ukradkowych spojrzeń, szeptów i szybkiego chowania się ludzi w swych domach. Osada nie przedstawiała się tak skromnie jak można by tego oczekiwać – kilkadziesiąt niewielkich domów o ścianach z czegoś co przypominało cegły, ale było o wiele większe i zbyt jasne niż dobrze wypalone cegły. Dachy pokryte były dachówką, a z kominów unosiły się kłęby dymu. Ciekawe skąd na takim odludziu wzięły się ceglane bloki i dachówka. Oczywiście Matt nie spodziewał się by północ była niezamieszkała, nigdy nie dawał wiary opowieściom starych kobiet, które to zawsze uważały się za bogowie wiedzą jakie wyrocznie, ale uważał, że północne tereny będą na tyle nieprzyjazne i niegościnne, że o ile spotka tutaj jakąś wioskę to będą tutaj proste drewniane chatki z dachami pokrytymi strzechą. Gdy Matthew dotarł do pierwszych domostw stało się coś niezwykłego, coś co nie miało miejsca nigdy wcześniej – podbiegło do niego małe dziecko. Stanęło tuż przed nim i spojrzało mu prosto w oczy. Był to może pięcioletni chłopiec o dużych niebieskich oczach i blond włosach. Ludzie zawsze go unikali, a zwłaszcza małe dzieci, które nie mając jeszcze umysłów spaczonych przekonywaniem rodziców o realności tego świata, o braku w nim rzeczy nadprzyrodzonych instynktownie wyczuwały to coś się w nim zagnieździło. Ten chłopiec wyglądał jednak tak jakby się niczego nie bał, jakby Matt był zwykłym człowiekiem.

-Nie przyszedłeś nas napaść prawda? – zapytał chłopiec ciągle patrząc mu w oczy, a w tym spojrzeniu było coś zadziornego, jakby chłopiec rzucał mu wyzwanie. Matt po raz pierwszy od siedemnastu lat roześmiał się szczerze, a jego śmiech ściągnął spojrzenia rodziców chłopca.

-Skąd przyszło ci to do głowy młody człowieku? – zapytał chcąc by ta chwila w której nie jest jawnie unikany trwała jak najdłużej.

Wtedy podszedł do nich ojciec chłopca. Był to wysoki, mocno zbudowany mężczyzna o blond włosach i zielonych oczach. Włosy po ojcu, oczy zatem po matce – przebiegło przez myśli Matta gdy szybko przyjrzał się mężczyźnie. Ubrany był w luźną szarą bluzę, luźne brązowe spodnie i wysokie, znoszone już buty, których kolor ciężko było jednoznacznie określić.

-Pan raczy wybaczyć mojemu synowi – odezwał się mężczyzna. – Chłopak zawsze zaczepia podróżnych mimo, że wielokrotnie mówiłem mu by tego nie robił. Nigdy nie wiadomo kto się może trafić.

Matt uniósł jedną brew i spojrzał pytająco na mężczyznę udając lekkie oburzenie. Na to spojrzenie mężczyzna zmieszał się nieco i spuścił wzrok. Musiał być to wyjątkowo życzliwy człowiek skoro tak zareagował. Dzień chylił się ku końcowi, a Matta co rusz spotykało coś osobliwego – najpierw chłopiec podszedł do niego i nie próbował po chwili uciekać z krzykiem, a jego ojciec zachowywał się tak jakby stał przed nim całkowicie zwyczajny człowiek, a nie „przeklęty" jak to określiła matka podczas pierwszego ataku. Czy ludzie tutaj naprawdę nie czuli tego co w nim jest? Czy to było w ogóle możliwe?

-Oczywiście nie chciałem pana urazić – powiedział pospiesznie ojciec chłopca. – Po prostu..

-Rozumiem – odparł z uśmiechem Matt widząc zakłopotanie mężczyzny. – Sam nie ufam obcym. A ty młody człowieku – dodał i przyklęknął przed chłopcem patrząc mu prosto w oczy – powinieneś słuchać ojca. Nigdy nie wiesz czy ktoś kogo spotkasz nie chce zrobić ci czegoś złego. Mnie jednak nie musisz się obawiać.

Wstając mrugnął porozumiewawczo do chłopca i znów spojrzał na jego ojca. Zmieszanie odeszło i patrzył teraz z uśmiechem na syna głaszcząc go po głowie. Ciekawe jak to jest mieć własną rodzinę – pomyślał Matt, ale szybko odegnał tą myśl. Nie może zaprzątać sobie teraz głowy czymś tak mało istotnym. Przyjdzie na to czas gdy już dowie się co się z nim stało, a jeśli ten czas nie nadejdzie to trudno, nie on pierwszy i nie ostatni nie dostąpi zaszczytu posiadania żony, która byłaby dla niego opoką każdego dnia i gromadki dzieci, która przyprawiłaby go przedwcześnie o kilka siwych włosów. Na to może jest już zbyt późno, miał już w końcu swoje lata, a nie czuł nawet by się zbliżył zbytnio do odkrycia co stało za wydarzeniami sprzed lat, co się z nim wtedy stało i co się z nim dzieje teraz.

-Jestem Matthew – przedstawił się przerywając krótką ciszę i wyciągnął ku mężczyźnie dłoń w powitalnym geście. – Nie chcę nikogo skrzywdzić. Przechodzę tylko tędy – na jego twarzy wylądowała pierwsza kropla zwiastująca rychłe nadejście ulewy – i chciałbym znaleźć schronienie przed tą ulewą.

-Na imię mam Aaron, a to jest Richard – ojciec chłopca uścisnął dłoń Matta. – Z chęcią przyjmiemy cię pod naszym dachem. Jestem pewien, że moja żona nie będzie miała nic przeciwko – zapewnił i spojrzał na kobietę stojącą w progu najbliższego domu. Jego spojrzenie wyrażało jak wielkim uczuciem ten mężczyzna darzy swą żonę. – Bywa uparta, ale to prawdziwy anioł. Chodź Matthew, przedstawię cię.

Aaron wraz z Richardem ruszyli do domu, ale zatrzymali się gdy spostrzegli, że Matt nie idzie z nimi. Spojrzeli na niego pytająco.

-Czy coś się stało Matt?

-Tak po prostu postanowiłeś mi zaufać? – zapytał zaskoczony. Nie wiedział co o tym myśleć. Nigdy nic podobnego nie miało miejsca. – Dlaczego?

Aaron spojrzał na niego z uśmiechem, a w jego spojrzeniu można było wyraźnie dostrzec współczucie.

-Wiem jak to jest – odparł po chwili. – Wiem jak ciężko jest być Potępionym. A teraz chodź – dodał i znów ruszył w stronę domu – kolacja pewnie już czeka.






Ścieżka potępionych - ZAWIESZONEPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz