Rozdział 27

16 0 1
                                                  

Niebo było piękne tej nocy. Nieliczne chmury sunęły powoli pchane zachodnim wiatrem od czasu do czasu zasłaniając połacie nieba usiane jasnymi, migotliwymi punktami. Okrągła tarcza księżyca rzucała nań srebrzyste światło nadając im osobliwego wyglądu.

Margaret siedziała przy oknie jak co noc i obserwowała ten spektakl światła i cienia. Przestała sobie zadawać pytanie czemu to ją spotkało, czemu nie może normalnie zasnąć. Znała przecież już odpowiedź. Nie była jednak pewna czy powinna – i co ważniejsze – czy chce w to uwierzyć.

Historia Duncana była dziwna, nieprawdopodobna, ale przecież ufała temu mężczyźnie. Czemu zatem nie chciała wierzyć w jego słowa? To bijące od niego przekonanie, ten smutek na jego twarzy gdy opowiadał jej, że to przez niego nie może normalnie żyć. Te łzy gdy ją przepraszał. Wydał jej się człowiekiem niesamowicie szczerym. Jednak, historia przezeń opowiedziana miała w sobie coś co nie pozwalało dziewczynie w nią uwierzyć. Było to jednak jedyne wyjaśnienie jakie kiedykolwiek otrzymała i chciała w nie wierzyć – innego mogła nigdy nie utrzymać. Nie chciała też by obraz Duncana został zniszczony czymś tak prozaicznym jak kłamstwo.

Zawsze uważała, że jej problemy są natury czysto medycznej, że jest na to jakieś normalne wyjaśnienie. Chodziła do miejscowej lekarki, stosowała napary nasenne, pozwalała badać się pod każdym kątem. Wynik za każdym razem był taki sam, ale ciągle wierzyła, że jej bezsenność nie jest spowodowana niczym mistycznym. Byli oczywiście ludzie, którzy nie szczędzili słów i otwarcie wyrażali swe opinie jakoby Margaret została przeklęta. Byli też tacy, którzy twierdzili jakoby parała się plugawą magią i została przez to ukarana przez bogów. Było to oczywiście absurdalne wyjaśnienie tak dla Margaret jak i dla jej rodziny – dobrze wiedzieli, że było to niemożliwe, magia wiele złego wyrządziła tej rodzinie, nie chcieli mieć z nią nic wspólnego. Poza tym, najbliżsi Margaret byli bardzo religijni, właściwie cała rodzina kultywowała wiarę Starego Kanonu oraz Prawdziwych Stwórców, a ta wiara zabraniała stosowania magii do czegokolwiek. Magia była wynaturzeniem, ciemnymi mocami pochodzącymi od samych diabłów, czymś tak plugawym, że samo myślenie o tej mrocznej sztuce powinno budzić trwogę.

Margaret nie była zbyt religijna, nie podzielała przekonania, że jakaś księga powinna wytyczać sposób postępowania, mówić jak żyć. Choćby istnieli jacyś bogowie to nie uważała, że powinni być cenieni bardziej niż to co doczesne, co otacza ludzi każdego dnia. Niemniej jednak uważała magię za coś złego. Gdy była jeszcze małym dzieckiem jej dziadek pokłócił się z pustelnikiem, który osiedlił się niedaleko ich domu. Nie podobało mu się to, że jakiś podejrzany człowiek będzie mieszkał tak blisko. Chciał się go pozbyć. Wystarczyło by ten skinął palcem, a dziadek Margaret stanął w płomieniach. Był to przerażający widok – nie mogli nic zrobić gdy jego ciało było palone żywcem, gdy tarzał się po ziemi starając się ugasić płomienie. Nie mógł ich ugasić, pokrywały go całego. Odór spalonego ciała i włosów przyprawiał o mdłości. Gdy dziadek przestał się palić, pozostała po nim tylko czarna, pusta czaszka, trochę popiołu i ślubna obrączka, która z jakiegoś powodu nie ucierpiała. Jakiś czas po tym pustelnik zniknął.

Duncan parał się magią. Mówił o tym otwarcie. Przyznał, że to magia stworzyła tego potwora, którego potem starali się zniszczyć. To magią umieścił w niej ten fragment stwora przez który nie mogła zasnąć. Najgorsze obawy Margaret, które tak bardzo starała się tłumić, trzymać gdzieś w najdalszej części umysłu, okazały się prawdą. To przez magię tak cierpiała. Jednak nie czuła jakoby Duncan był złym człowiekiem. Nie potrafiła tego logicznie wyjaśnić, ale sposób w jaki mówił, skruszenie gdy przepraszał ją za to co jej uczynił.. Zły człowiek nie zachowywałby się tak.

Księżyc pokonał już znaczny dystans na ciemnym sklepieniu świata. Dziewczyna wiedziała, że nie uśnie, że nie ma po co się kłaść. Wstała z fotela i wyszła z pokoju. Szczelnie owinięta szlafrokiem udała się do kuchni. Zobaczyła, że w piecu tli się jeszcze niewielki płomień. Dorzuciła drobnego drewna, a gdy się rozpaliło na dobre, postawiła na metalowej płycie czajnik z wodą. Gdy zaczęła się gotować dorzuciła do niej liście herbaty. Gdy napar był gotowy napełniła nim porcelanową filiżankę, a czajnik postawiła na skraju płyty pieca by nie wystygł.

Usiadła przy kuchennym stole i powoli sączyła delikatny napój. Od pożegnania z Duncanem minął ponad tydzień. Nie była w stanie mu odpowiedzieć na jego propozycję. Zapewniał o swoich czystych intencjach, a ona z jakiegoś powodu mu wierzyła, ale nie chciała zawierzyć w tak ważnej dla niech sprawie całkowicie obcemu człowiekowi. Musiała wszystko sobie przemyśleć. Chciała poukładać sobie w głowie jego historię, zastanowić dobrze czy w nią wieży, czy Duncan jest godny zaufania. Przyszło jej do głowy, że chyba bardziej nie ufa sobie skoro wciąż zastanawia się nad tym czy ten mężczyzna jest godnym zaufania skoro i tak wiedziała, że mu ufa. Podświadomie nie chciała darzyć pozytywnymi uczuciami człowieka, który skazał ją na taki los, ale nie mogła. Było w nim coś co nie pozwalało go źle osądzać. Wydawał jej się najbardziej szczerym człowiekiem jakiego w życiu spotkała. Nawet jej rodzice, których kochała całym sercem wydawali się jej momentami bardzo zakłamani i sami spychali się w to zakłamanie. Uczepiali się starej wiary, szukali w niej może pocieszenia, może rozwiązania jak poradzić sobie z tym, z czym sami poradzić sobie nie potrafili.

Duncan wyglądał jak ktoś kto dostrzega to co jest wokoło, że nie widzi bogów, a świat jaki jakim jest. Świadczyło o tym choćby to, że sam są wybrał. Nie radził się bóstw, duchów, nie szukał porad w przepowiedniach. Jasno powiedział, że to on sam zdecydował by wybrać Margaret. Nie podobało jej się to oczywiście, ale ujmowało ją to przekonanie, wiara w nią pokładana.

Rozmawiali do późnego wieczora. Duncan opowiadał jej jak jest na północy, opowiadał o świątyni w której uczyli młodych ludzi posługiwania się magią. Wyglądało na to, że był bardzo dumny ze swych zdolności i mimo że przy ich użyciu stworzył coś strasznego, potwornego to nie uważał ich za ciemną domenę. Zapytała go jak może tak lekko opowiadać o magii, która jest przecie czymś złym. Wydał się bardzo zaskoczony gdy usłyszał, że magia jest zła. Odparł, że tak nie jest, że magia nie jest ani zła, ani dobra. Wszystko zależy od człowieka który jej używa.

-To jak z nożem – starał się wyjaśnić. - Może służyć do wielu rzeczy jak przygotowanie posiłków co nie jest przecież niczym złym. Można jednak nim też zabijać. Można to czynić z premedytacją, ale można też zabić w obronie własnej, albo drugiego człowieka. Czy to czyni to narzędzie czymś złym, co powinno być wyklęte? Magia to narzędzie, a to jak zostanie wykorzystana zależy tylko i wyłącznie od tego kto jej używa.

Miało to sens. Oczywiście nie zmieniła raptownie swych przekonań, ale uznała, że jest to kwestia godna przemyślenia. Gdy zrobiło się już późno Duncan zapytał powtórnie czy mu zaufa i chce zostać uwolniona od tego przemienia, które dźwiga już tak długi czas. Nie potrafiła mu odpowiedzieć. Powiedziała, że musi sobie to wszystko poukładać w głowie. Uśmiechnął się i powiedział, ze rozumie. Ujął jej dłoń i popatrzył głęboko w oczy.

-Nie spiesz się. Zastanów się dobrze, przemyśl wszystko – powiedział, a jego głos uspokajał. - Masz tyle czasu ile potrzebujesz.

Gdy odchodził powiedział, że gdy już będzie gotowa odpowiedzieć to on wróci. Zarzekał się, że wszystko czego chce to uwolnić ją od tego na co ją skazał. Wierzyła mu. Patrzyła jak idzie dróżką i znika w ciemnościach. Wpatrywała się w mrok jeszcze jakiś czas i poczuła się dziwnie samotna. Od długiego czasu mieszkała sama, ale nigdy nie czuła się samotna. Lubiła towarzystwo samej siebie, mogła spokojnie myśleć. Teraz jednak, gdy ten całkiem jej obcy człowiek odszedł poczuła jakby coś zniknęło. Nigdy wcześniej się tak nie czuła, było to dla niej obce, ale jednak podświadomie to rozumiała.

Nie było żadnych podstaw by tak się czuła, nie znała przecież tego człowieka. Rozmawiała z nim raptem kilka godzin, a i tak opowiadał nieprawdopodobne rzeczy, w które mało kto by uwierzył. Ona nie chciała wierzyć, wciąż szukała racjonalnego wyjaśnienia. Było to jednak jedyne dane jej wyjaśnienie i podświadomie chciała by było prawdziwe. Była zagubiona bardziej niż kiedykolwiek. Jedak pomimo tego wewnętrznego zagubienia wiedziała jedno. Ufała temu człowiekowi. Ponad wszelką wątpliwość, ponad wszelką racjonalność ufała mu.

Dopiła drugą filiżankę herbaty i popatrzyła na drzwi z nadzieją, że zaraz się otworzą i zobaczy w nich Duncana. Brakowało jej jego towarzystwa. Bardzo brakowało.


Ścieżka potępionych - ZAWIESZONEPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz