Rozdział 28

10 0 1
                                                  

Słońce świeciło mocno na błękitnym niebie po którym od czasu do czasu sunęła leniwie jakaś niewielka chmura. Lekki wietrzyk poruszał nieznacznie liśćmi drzew.

Minęła kolejna noc. Kolejna nieprzespana od bardzo długiego czasu noc. Z dnia na dzień czuła się coraz gorzej. Nie było to jakieś nagłe, silne osłabienie. Przychodziło stopniowo, ale nieubłaganie przybierało na sile. Było to jak najbardziej zrozumiałe, organizm nie jest przecież w stanie wytrzymać zbyt długo bez snu.

Margaret dopiła herbatę i przeciągnęła się starając się ulżyć nieco mięśniom, które nie miały okazji odpocząć. Podeszła do drzwi schowka i westchnęła – bezsenność bezsennością, ale pranie niestety samo się nie zrobi. Otworzyła drzwi i przeszukała niewielka komórkę wzrokiem, aż dostrzegła duży drewniany ceber stojący w tyle. Wyciągnęła go potykając się o kilka przedmiotów o których istnieniu nie miała nawet pojęcia. Wyniosła go na zewnątrz i postawiła w cieniu, obok rozłożystej jabłoni. Postawiła na piecu jeden z większych garnków z wodą. Nigdy nie rozumiała jak ludzie mogą prać w zimnej wodzie – w ciepłej prało się o wiele szybciej i efektywniej. Zaczynam myśleć jakbym miała sześćdziesiąt lat – pomyślała i uśmiechnęła się lekko. Gdy woda się zagrzała chwyciła gorący ganek przez ścierkę i wyszła z nim by przelać wodę do cebra. Dolała potem zimnej wody i wróciła do domu po pranie. Podniosła wiklinowy kosz w którym piętrzyła się sterta ubrań i skrzywiła się zaskoczona niespodziewanym ciężarem. Nie spodziewała się, że nazbierało się tego aż tyle. Zapowiadała się żmudna praca.

Postawiła kosz obok cebra z ciepłą wodą i już miała zabrać się do pracy gdy przypomniała sobie o czymś. Wróciła do domu i zaczęła przeszukiwać schowek. Po minucie czy dwóch znalazła niewielki lniany woreczek. Wyszła z nim z domu zostawiając otwarte drzwi – jest tak ładnie, że może się przewietrzyć.

Uklękła na rozłożonej przed szaflem ścierce i wsypała do wody zawartość woreczka. Był to drobny biały proszek, który kupiła kiedyś od kupca z zachodu. Mówił, że w jego stronach tego proszku używa się przy praniu, i że o wiele ułatwia tą niezbyt przyjemną czynność. Miał rację o czym Margaret miała okazję niejednokrotnie się już przekonać. Oczywiście stare kobiety z miasteczka nie uznawały takich wynalazków, ale to już ich strata.

Słońce powoli wędrowało po nieboskłonie, a Margaret miała wrażenie, że pracy nie ubywa. Ciągle męczyła ją ochota by zrobić sobie przerwę, ale wiedziała, że jeśli choćby na chwilę przerwie pranie to będzie robić sobie przerwy coraz częściej, a wtedy straci na to większość dnia. Nagły, ostry ból w plecach zmienił jednak jej zdanie i postanowiła choćby chwilkę odpocząć. Wytarła ręce i usiadła na ziemi oparłszy się o szeroki pień starej jabłoni. Przymknęła oczy dając im odpocząć. Wiedziała, że nie uśnie, choć krótka drzemka byłaby czymś przyjemnym.

Siedziała tak przez chwilę, aż usłyszała kroki. Ktoś był jeszcze daleko i szedł powoli, jakby niepewnie. Otworzyła oczy i kawałek przed sobą zobaczyła małego chłopca, który rzeczywiście szedł jakby niepewnie. Gdy znalazł się bliżej poznała w nim syna Cooperów. Cooperowie byli niezwykle sympatycznym, młodym małżeństwem, które szybko dorobiło się tego oto młodzieńca. Prowadzili sklep wielobranżowy w centrum miasteczka na które obrzeżach mieszkała Margaret. Chłopczyk był niezwykle podobny do swej matki – kruczoczarne włosy, duże zielone oczy i ten rozbrajający, niewinny uśmiech.

Margaret uznała, że chłopiec wygląda jakoś nieswojo. Zawsze był ruchliwy i radosny. Zaskoczyło ją też to, że idzie do niej sam. Kilkukrotnie odwiedzał ją razem z matką. Był jeszcze zbyt mały by chodzić gdziekolwiek samotnie. Z drugiej jednak strony nigdy jakoś specjalnie nie przejmował się zakazami rodziców.

Alan – bo tak miał na imię – trzymał coś w prawej dłoni. Gdy znalazł się już bardzo blisko Margaret uśmiechnęła się do niego, ale on nadal jakby spięty szedł powoli. Wyciągnął do niej rączkę w której trzymał kopertę. Wyglądał tak jakby chciał jak najszybciej się jej pozbyć. Margaret wzięła od niego kopertę, a chłopiec gdy tylko to zrobiła odbiegł szybko ścieżką w stronę miasteczka.


Ścieżka potępionych - ZAWIESZONEPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz