Rozdział 26

9 0 1
                                                  

W ostatniej chwili Matt zobaczył jak obcy sięga do niewielkiej sakiewki uwieszonej u jego prawego boku. Początkowo myślał, że to sakiewka na monety jednak inna była jej zawartość. Światło niewielkiej lampy odbiło się od drobnego proszku, który wysypywał się spomiędzy palców zaciśniętej dłoni bandyty. Wyrzucił ku nim rękę otwierając dłoń i setki drobinek pomknęło ku nim.

Matt obserwował to jakby w zwolnionym tempie. Wiedział, że Aron niczego nie zauważył, ich przeciwnik był szybki. Nie zauważył pewnie też tego kiedy schował sztylet za plecami.

W ostatniej chwili udało się Mattowi odwrócić twarz na tyle by wyglądało to naturalnie, ale by nie proszek nie dostał się do oczu, ust czy nosa. Nie wiedział jakie jest jego przeznaczenie, ale na pewno nie miał służyć dobrym celom. Słyszał o wielu szubrawcach, którzy używali różnych szkodliwych substancji w nieczystych walkach.

Zobaczył jak oczy Aarona zalewają się łzami, a na jego twarzy maluje się przerażenie i dezorientacja. Więc był to proszek oślepiający. Szybko schował twarz w dłoniach i padł na kolana udając panikę. Usłyszał jak coś uderza o podłogę. Aaron upuścił miecz i co gorsza zatarł oczy. Teraz był całkowicie bezbronny. Gdyby miał miecz w dłoni mógłby próbować siec na ślepo. Pokój nie był zbyt duży zatem miałby sporą szansę trafić wroga o ile ten znalazłby się na tyle blisko by ciężko było mu uniknąć ciosu. Niestety instynktowne odruchy wzięły górę nad rozsądkiem.

Matthew zmusił umysł do pracy na najwyższych obrotach. Musiał coś wymyślić. Po prostu musiał. Lara mogłaby spróbować ogłuszyć go, miała ku temu najlepszą możliwą pozycję, ale była na tyle roztrzęsiona, że nie było zbyt rozsądnym liczyć na nią. Aaron nie miał broni, był oślepiony i całkowicie zdezorientowany. Pozostawał tylko Matt. Tylko on mógł coś zrobić. Mógłby szybko poderwać się w stronę bandyty i próbować go powalić, ale ten miał pałkę i sztylet. Jedno uderzenie, jeden cios i już nikt nie zatrzymałby tego drania przed wymordowaniem tych ludzi. Po cholerę chowałem te noże – przeklinał się w myślach.

Jego serce dudniło tak, że niemal zagłuszało kroki bandyty. Miał do zrobienia może cztery kroki, ale czas dłużył się niemiłosiernie, a co gorsza Matthew nie mógł nic wymyślić. Wydawało się, że to koniec, że już za chwilę umrze on, Aaron i jego rodzina. Nikt nie ochroni pozostałych mieszkańców, osada spłonie doszczętnie i pozostaną z niej jedynie zgliszcza.

Nagle usłyszał huk i odruchowo spojrzał w stronę z której dochodził. Zobaczył jak okiennice uderzają o ścianę. Przez okno, które znajdowało się za bandytą patrzącym na nich z dziwną, bestialską rozkoszą, wleciał do pokoju jakiś wielki, ciemny kształt. Bandyta chciał się odwrócić i zobaczyć co właściwie się wydarzyło, co ma czelność mu przeszkadzać, ale to coś do powaliło.

Wielki kot z ogromnymi dolnymi kłami przyciskał do podłogi szarpiącego się bandyty. Podczas upadku wypuścił z dłoni pałkę i nie zdążył wyciągnąć sztylety więc był bezbronny. Przez chwilę młócił rękami w tył starając się zepchnąć zwierzę. Potężne szczęki szablozęba zacisnęły się na szyi szubrawca. Kot szarpnął i głowa oddzieliła się od korpusu. Przeleciała w powietrzu kawałem, a potem uderzyła głucho w deski podłogi i potoczyła się tuż pod nogi Matta.

Matthew patrzył na tą scenę i nie wiedział co się dzieje. Skąd się wzięła to zwierze, dlaczego było tak wielkie? Jaki miało cel? Czy chciało zabić także ich? Popatrzył na wielkiego kota w momencie gdy ten spojrzał na niego. Ich spojrzenia się spotkały i Matt nie wiedząc jakim cudem, ale wiedział, że nic im nie grozi, że ten ogromny drapieżnik nie wyrządzi im krzywdy.

Saber poczuł smak krwi człowieka, któremu odgryzł głowę i pierwszy raz w życiu uznał to doznanie za coś obrzydliwego. Nigdy nie smakował tak paskudnej krwi. Do jego umysłu napłynęły myśli ofiary, wiedział co ten chciał zrobić, widział jego myśli i poczuł jeszcze większą odrazę. Krew tryskająca z rozerwanej tętnicy plamiła podłogę przed nim, ale on nie chciał nawet na nią patrzeć. Podniósł łeb szukając drogi ucieczki. Chciał stąd zniknąć, umknąć w jak najdalej stąd, zaszyć się w lasach. Napotkał wzrok łucznika, tego który wywołał w nim strach. Przez tą krótką chwilę świat odpłynął, stał się odległym, niemającym znaczenia miejscem. To co dostrzegł w tych oczach przekraczało wszelkie pojmowanie. Nigdy nie widział tego w oczach innych stworzeń czy ludzi poza jednym. Widywał to coś oczami swych ofiar, które patrzyły na niego w ostatnich chwilach swego życia. W tych oczach zobaczył siebie. Byli tacy sami.

To było byt wiele. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego. Spodziewał się, że ludzie będą próbować go zabić, że będą uciekać, chować się. Nigdy nie pomyślałby nawet, że spotka go coś takiego. Oderwał oczy od mężczyzny i zobaczył otwarte drzwi. Kilkoma szybkimi susami przemknął obok brodacza i umknął na trawiastą równinę. Nie starał się nawet skradać, stać się niewidocznym. Chciał stąd uciec jak najdalej. Chciał zapomnieć.

Wielki kot przemknął obok niego, ale Matt nie mógł nawet spojrzeć za nim. Był zbyt osłupiały tym co dostrzegł w oczach tego zwierzęcia. Na chwilę – jedną, krótką chwilę nawiązał z tym stworzeniem nie mającą racjonalnego wyjaśnienia więź. Zobaczył tam samego siebie, a raczej to co było i w nim. Ten drapieżnik też był Potępionym. Przyprawiło go to o zawrót głowy. W tak krótkim czasie zdarzyło się tak wiele rzeczy, których wyjaśnić nie potrafił. Nie był pewien czy kiedykolwiek będzie w stanie poukładać sobie to w głowie.

Z odrętwienia wyrwał go głos Aarona.

-Co się dzieje? Co się do cholery dzieje Matthew!?

-Spokojnie przyjacielu – odparł Matt roztrzęsionym głosem. - Jesteśmy bezpieczni. Na razie.

Ścieżka potępionych - ZAWIESZONEPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz