Rozdział 6

13 2 0
                                                  

Minęła kolejna bezsenna noc. Jak wiele jeszcze ich będzie? Jak długo miała cierpieć? Margaret zamiatała właśnie ganek gdy zauważyła, że ktoś idzie w kierunku jej domu. Mieszkała nieco na uboczu od miasteczka Cirosa i stosunkowo rzadko miewała gości co było zapewne spowodowane jej „dolegliwością". Zastanawiała się przez chwilę któż to może do niej iść tak wczesnej porze, nie minęło bowiem nawet południe. Kto to by nie był najwidoczniej nie zaprzątała go jakaś ważna sprawa bo szedł spokojnie, bez pośpiechu. Gdy przybysz był już kilkanaście metrów od domu Margaret ta była już pewna, że to nikt kogo zna. Nie zwiastowało nic dobrego. Obcy, który idzie tak spokojnie od którego wręcz emanuje pewność siebie? Na pewno będą z tego kłopoty. Margaret nie była jednak osobą lękliwą i potrafiła o siebie zadbać.

-Witaj Margaret – przywitał ją obcy gdy już do niej dotarł. W tym momencie jej spokój runął niczym domek z kart. Wiedziała, że na pewno nie zna przybysza, ale on doskonale wiedział jak ma na imię. Był to dość wysoki mężczyzna o szerokich barkach i dużych, zapewne bardzo silnych dłoniach. Nic więcej nie można było o nim powiedzieć gdyż na jego twarz była naciągnięty kaptur ciemnoszarego płaszcza. Pod płaczem miał brązową skurzaną kamizelę i czarne, luźne spodnie, których nogawki poniżej kolan były schowane do wysokich cholew jego również czarnych butów.

-Czy my się znamy? – zapytała choć doskonale wiedziała jaka jest odpowiedź.

-Nie sądzę byś wiedziała kim jestem, ale ja doskonale wiem kim ty jesteś moja miła – odpowiedział obcy po czym wkroczył na ganek i usiadł w bujanym fotelu. Margaret stała przez chwilę osłupiała. Kim był ten mężczyzna, czego mógł od niej chcieć? I co ważniejsze, jakim prawem rozsiadł się na jej ganku jakby był u siebie?

Odwróciła się do przybysza i spiorunowała go wzrokiem, ale najwidoczniej nie wywarło to na nim najmniejszego wrażenia zatem przeszła do rzeczy.

-Kim jesteś i dlaczego zachowujesz się tak jakbyś był u siebie?

Obcy odwrócił głowę w jej kierunku. Margaret nie widziała oczu swego „gościa", ale czuła jak jego spojrzenie przeszywa ją na wskroś, było to bardzo nieprzyjemne uczucie - tak jakby próbował spojrzeć w głąb jej umysłu i dostrzec wszystkie jej myśli.

-Wybacz mi jeśli w jakiś sposób cię uraziłem – skłonił się nieznacznie nadal siedząc w fotelu – ale zawsze myślałem, że jesteś osobą, która nie zwraca uwagi na takie drobnostki.

Drobnostki? Jakiś przybłęda przychodzi do jej domu, rozsiada się jak u siebie i ma jeszcze czelność traktować ją jakby była jego dobrą znajomą.

-Owszem, nie zwracam, ale tylko jeśli chodzi o osoby które znam i którym ufam. Jeśli mnie pamięć nie myli to nigdy nie spotkałam mężczyzny, który zachowywałby się tak obcesowo skrywając w dodatku swoją twarz jak jakiś przestępca bojący się zdemaskowania.

-Nic dziwnego Margaret bo i prawdą jest, że nigdy się nie spotkaliśmy – mówił to tonem, który można by uznać za wręcz pogodny. Co on sobie myślał? – Myślę, że przyjemniej by nam się rozmawiało gdybyś i ty usiadła. Jest tu przecież drugi fotel.

Z jakiegoś niejasnego dla dziewczyny powodu posłuchała i usiadła na drugim fotelu ustawionym naprzeciwko tego w którym siedział obcy. Dlaczego go posłuchała? Dlaczego zrobiła to czego on chciał? Przecież to było niedorzeczne. Była u siebie, a ten przybłęda traktował ją jakby to ona była goście i w dodatku w jego obecności tak właśnie się czuła – jakby była w całkiem innym miejscu, miejscu do którego nie należała. Siedzieli chwilę w ciszy. Przybysz najwyraźniej oczekiwał, że to Margaret pierwsza się odezwie. Być może oczekiwał, że zada nurtujące ją pytania, albo ponownie wygłosi swoje oburzenie. Margaret miała jednak w głowie taki mętlik, że nie wiedziałaby nawet jak zadać jakiekolwiek pytanie. Po kilku długich minutach mężczyzna głośno westchnął.

-Jak widzę to ja muszę zacząć. Naprawdę nie lubię przemówień, monologów. Zawsze wolałem luźne rozmowy, no ale cóż mam począć – zastanawiał się przez chwilę patrząc na kwiaty zasadzone przed gankiem. – Może powinienem się najpierw przedstawić. Nazywam się Duncan Mephis i przybywam do ciebie z północy.

-Północy? – zapytała Margaret. „Północ" była bardzo rozległym pojęciem.

-Bardzo odległej północy moja droga – odparł nieznajomy i zaśmiał się gdy uświadomił sobie, że to na pewno nic nie powie młodej dziewczynie siedzącej przed nim – zza Bramy Północy.

Margaret wbrew swej woli pomyślała, że jeszcze nigdy nie słyszała tak pięknego śmiechu, była taki lekki, pogodny. Bywały czasy kiedy nie mogła się opędzić od adoratorów i spotkała w swym jakże krótkim życiu wielu mężczyzn, ale żaden nie śmiał się jak ten. Było w tym coś wyjątkowego, coś czego nie można ująć w słowa.

-Ja jestem Margaret Bales – odparła choć zaraz zaczerwieniła się bo zdała sobie sprawę, że przecież ten mężczyzna doskonale zna jej imię, sam przecież tak powiedział.

-Bardzo miło mi cię poznać Margaret – powiedział Duncan nie zwracając uwagi na jej zmieszanie. Była mu za to z jakieś powodu wdzięczna. Dunkana otaczała dziwna aura. Początkowe oburzenie Margaret ulotniło się teraz i chciała się tylko jak najwięcej dowiedzieć o tym mężczyźnie. Intrygował ją w takim stopniu, że przestraszyła się gdy to sobie uświadomiła. – Wybacz mi proszę, że zachowałem się w stosunku do ciebie tak obcesowo. Przywykłem po prostu, że tam skąd pochodzę takie zachowanie jest czymś normalnym. Dawno nie byłem tak daleko na południu i już zapomniałem, że nie wszędzie dobrze zostanie odebrane to co jest dla mnie czymś oczywistym.

Siedzieli przez chwilę w ciszy przyglądając się sobie nawzajem. Margaret zastanawiała się jak wygląda jej gość. Sądząc po głosie był w podobnym do niej wieku. Tajemniczość tego mężczyzny pociągała ją. Nigdy się tak nie czuła, zawsze myślał, że potrafi kontrolować swe uczucia, że nie jest łatwo ją omamić, ale temu mężczyźnie udało się to zrobić w tak krótkim czasie. Przebiegła jej przez głowę myśl, że może ten mężczyzna jest gwałcicielem bądź mordercą, który w jakiś tylko sobie znany sposób omamia swe ofiary by potem je wykorzystać i zamordować. Po chwili jednak sama nie wiedząc dlaczego zrugała się za takie myśli. Ale dlaczego? Czy ta niezdrowa fascynacja otaczającą Duncana aurą tajemniczości pozbawiała ją zdrowego osądu sytuacji?

-Przepraszam – powiedział po czym wsadził dłoń pod płaszcz i Margaret wydało się, że zaciska ją na czymś.

-Za co? – zapytała, ale zaraz poczuła się inaczej. Naraz pojawiła się w jej myślach masa wątpliwości, jej umysł pracował ostrożnie oceniając sytuację. Była znowu sobą. Nie zniknęła jednak ta dziwna fascynacja tajemniczością tego mężczyzny.

-Nie powinienem używać tak długo. Chciałem tylko byś spokojnie mnie wysłuchała – odparł Duncan i pochylił się do niej nieznacznie. – Przejdźmy jednak do rzeczy. Chciałabyś znowu zasnąć?




Ścieżka potępionych - ZAWIESZONEPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz