Rozdział 5

3.9K 416 737

Przez chwilę sądziła, że nie będzie miała wyjścia. Jeśli mu zaśpiewa, zmusi go do współpracy. Zanim zdążyła wziąć pod uwagę wszystkie za i przeciw, przypomniała sobie o swoim stanie — i tak nie da rady zanucić ani jednej melodii.

Przez nad wyraz długą sekundę żadne z nich się nie poruszyło. Kiedy podniósł rękę, natychmiast wstała spłoszona, ale chłopak tylko przytknął palec do ust i wskazał na drzwi.

Posłusznie, najciszej, jak się dało, minęła go i weszła do mieszkania. Nie mogła za bardzo przebierać w opcjach. Co dalej? Miała go wciągnąć do środka, ogłuszyć, zakneblować i uciekać? Na górę czy dół? Za ile łowcy wpadną i przetrząsną również to piętro?

Było jej słabo z nerwów, niemal czuła czas uciekający przez palce. Nie zdążyła zareagować na krzyk chłopaka:

— Ale halo, panowie! Tu ludzie mieszkają!

Strzały ucichły, więc wychylił się przez lewą, boczną barierkę.

— Widziałeś gdzieś biegnącą brunetkę? — odpowiedział mu ktoś z dołu. Tym razem z pewnością usłyszała Chase'a. Czy nie powinien jakoś zmylić swoich kolegów i odciągnąć ich od tego miejsca, jeśli naprawdę stał po jej stronie? W końcu Jamie musiał się z nim skontaktować.

— Przecież mogła przefarbować włosy! — podpowiedział inny łowca.

— Ktoś biegł w tamtą stronę, do lasu, ale się nie przyglądałem. — Chłopak z mieszkania wykonał kilka gestów, wskazując im kierunek. Destiny siedziała jak na szpilkach, niby w gotowości do szybkiej reakcji, obserwując, czy nie próbował im jakoś dać do zrozumienia, jak naprawdę wyglądała sytuacja, ale przeczucie, że znalazła się na przegranej pozycji, całkowicie ją przytłoczyło. Nie lubiła być zdana na czyjąś łaskę.

Jeśli chłopak czuł choćby cień zdenerwowania, to w żaden sposób tego nie zdradzał. Zachowywał się tak swobodnie, jakby co weekend znajdował M'innamorai na balkonie i pozwalał im się skryć u siebie, wpuszczając łowców w maliny.

Na dole znów zrobiło się zamieszanie. Słyszała ich niespokojne kroki tuż pod sobą, hałas zaraz przeniósł się na klatkę. Kilku z nich zbiegało po schodach, aż trzęsło całym budynkiem, podczas gdy pozostali zaczęli się o coś kłócić. Kiedy zrozumiała, że wyprowadzali Santiago z mieszkania, miała ochotę to przerwać — wystarczająco dużo osób przez nią ucierpiało — ale ledwo się ruszyła, a chłopak przytrzymał ją za ramię. Krzyknęłaby z zaskoczenia, gdyby mogła.

— Wiesz, kim jestem? — zapytała, kiedy wszystko poza jej sercem zdawało się uspokoić. Nie chcąc spuszczać go z oczu, nie rozglądała się zbytnio po kawalerce. Zdążyła zauważyć, że układ był dokładnie taki sam, jak piętro niżej, odeszła też od drzwi balkonowych i odsłoniętych okien, by stanąć pod ścianą. Nawet mimo zgaszonego światła wolała nie ryzykować zostania zauważoną.

Chłopak obserwował ją spod prostokątnych okularów, które rzucały długi cień na jego policzki. Wciąż pachniał męskim żelem pod prysznic, ale na szczęście zdążył się odziać. Tylko włosy nadal miał mokre, zaczesane do tyłu, co skupiło jej całą uwagę. Znów paliło ją w gardle, choć nie zmieściłaby w żołądku ani kropli wody więcej.

— Troszkę.

Nie wiedziała, czy traktować tę odpowiedź jak ironię. Montriverson przypominało miasto-widmo ze względu na mnogość opuszczonych, często zrujnowanych budynków, jak te z okolicy, w której mieszkała z Chrisem, a także niewielką ilość domków jednorodzinnych rozstawionych w stosunkowo dużej odległości od siebie. Pamiętała drogę nad ocean krętymi ścieżkami przez łyse pola z osobnymi domami na całkowitym odludziu, dziwne wahania temperatur... Zresztą już przez samo umiejscowienie czasami wydawało się, że chodziła po przeklętej ziemi, zepchniętej na sam kraniec, za którą nie znajdowało się nic, poza nieskończenie długą autostradą wiodącą przez wiele kilometrów pasma górskiego. Uważała, że miasteczko było zbyt specyficzne, by mieszkał tam ktokolwiek nieświadomy istnienia nadnaturalnego świata, a co za tym idzie — jej samej. Już w Lafayette roiło się od łowców oraz tajniaków pracujących dla Exodusu; Montriverson miało swoją watahę i las pełen pułapek, innych Przeistoczonych i byłych łowców. Ktokolwiek decydował się tam rezydować, robił to z konkretnego powodu. Ów nieznajomy także.

ExodusPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!