Rozdział 3

3.1K 467 285

  Destiny siedziała na starym, wysłużonym materacu zamknięta za grubymi prętami, które przecinały niewielki pokój w poprzek. Ze spuszczoną głową opierała się plecami o ścianę. Pomieszczenie było bardzo niskie — gdyby Jamie podskoczył, uderzyłby w sufit.  

Wąskie przejście prowadziło do zbrojowni, która ostatnim czasem przeobraziła się w rupieciarnię. Kiedyś Bree trzymała wszystko starannie posegregowane, układając sprzęty, podczas gdy on opowiadał jej o ich zastosowaniu. Przez ostatnie dwa lata i ona, i Chase unikali chatki, więc przychodził tam sam, rzucając wszystko byle jak. Część rzeczy poupychał na prosty regał w pomieszczeniu z kratami, przez co zrobiło się tam jeszcze ciaśniej. Bynajmniej nie nadawało to całości przytulnego charakteru — trudno o taki efekt z rurami biegnącymi pod sufitem i wzdłuż ściany, tumanami kurzu wznoszącymi się przy poruszeniu jakiegokolwiek przedmiotu. Czuł się jak w piwnicy, poniekąd słusznie.

Lampka — a właściwie zwisająca żarówka, bo dawniej przypadkiem zbił klosz i nie pokwapił się z kupnem nowego — dawała dość światła, aby dostrzec każdy kąt pokoju, ale nie tyle, żeby uniemożliwiać sen. Jamie by co prawda nie zasnął, nawet huśtając się na bujanym krześle, które znalazł wśród innych gratów, za to Destiny wyglądała na wyczerpaną. Pobladła, co uwidaczniało jej cienie pod oczami, a usta spierzchły i straciły kolor do tego stopnia, że zlewały się z resztą twarzy. Zgarniała z niej przetłuszczone, zmierzwione włosy. Mogła korzystać tylko z chusteczek nawilżających do mycia.

Syreny miały o wiele większe zapotrzebowanie na wodę od ludzi, zwłaszcza jeśli przebywały na lądzie. Zejście do zbrojowni z klatką znajdowało się w podłodze pod łóżkiem, skąd Jamie najpierw zrzucał jej butelkę i uciekał ile sił w nogach, zanim Destiny ją pochłonęła. Nie sprawdziło się to. Nie potrafiła nie wypić całości za jednym zamachem, przez co szybko łaknęła kolejnej porcji, a nie mógł poić syreny aż galonem płynów dziennie. Postanowił nalewać jej odrobinę, dosłownie łyk do szklanki przy posiłku — częściej, a mniej. Niewystarczająco, by zebrała dość siły, żeby podgrzać mu krew.

Raz udawała, że zakrztusiła się jedzeniem. Jamie podał jej wtedy pół kubka wody i ledwo uszedł z życiem. Doczołgał się jakoś do domu Evansów, który, na całe szczęście, leżał dość niedaleko, a do którego trasa biegła z górki. Przez długi czas walczył z gorączką.

Od tamtej pory nie reagował na nic, żadne próby wykiwania go, choćby rzeczywiście zdychała w męczarniach. W przeciwieństwie do niego, ona nie umrze tak łatwo.

Taką przynajmniej miał nadzieję. Szklanka wody na dzień to niewiele nawet dla człowieka, ale dzięki temu rzadziej dostawała ataków histerii, ponieważ zwyczajnie brakowało jej sił na agresję, krzyki, panikę i używanie mocy. Krótko mówiąc — im mniej wody, tym więcej Destiny w Destiny niż miotającej się syreny.

W konsekwencji często traciła przytomność, była nieobecna, czasem nie potrafiła się podnieść. Nie wiedział, ile w tym prawdy, a ile udawania, żeby tylko wlał jej jeszcze choć kropelkę.

Z dnia na dzień wyglądała coraz gorzej. Na dłuższą metę to nie miało prawa się udać. Inną opcją było zakucie jej w kajdanki, które zablokowałyby możliwość podwyższania temperatury cieczy. Tych samych użył Chase, kiedy zabrał ją na przesłuchanie. Jamie zdecydował jednak zostawić je na wyjątkową sytuację, nie chcąc ryzykować, że i ten egzemplarz z czasem rozwali.

— Słyszysz to? — zapytał.

Pokręciła przecząco głową. Poza skrzypiącym wiklinowym fotelem oraz zwykle doprowadzającym ją do szału dźwiękiem przepływającej wody w rurach, podziemie pobrzmiewało ciszą niczym grobowiec. I ona jej nie przerwała, ponieważ od kilku dni przyjmowała szeptuchę, środek porażający nerwy krtaniowe. Nie mogła śpiewać, ale także mówienie sprawiało jej trudność i ból. Przez większość czasu porozumiewała się z nim na migi lub półsłówkami, choć niekiedy nie wytrzymywała siedzenia cicho, gdy on nawijał jak najęty i usiłowała prowadzić względnie normalną rozmowę. Z różnym skutkiem.

ExodusPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!