Rozdział 14 część 1/2

1.2K 156 106

Nie mogła z tym dłużej walczyć.

Otworzyła okno i w piżamie wyskoczyła na podwórko. Boso. Trawa była wilgotna, a Destiny chciała tę wilgoć czuć między palcami.

Nie musiała znać drogi. Przyciągało ją jak magnes. Polegała na swoim instynkcie i nie zawiodła się — dotarła do basenu, aczkolwiek chlorowana woda w tak niewielkim zbiorniku nie satysfakcjonowała jej. Ocean wydawał się zbyt odległy, za to staw idealny: wystarczająco duży, wystarczająco blisko.

Odnalazła w sobie dość rezerwy, by nie przebiec ostatnich kilkunastu metrów i nie wskoczyć do niego w ubraniach. Zdjęła je najpierw, zostawiła na brzegu i dopiero zanurzyła się w płynnym szczęściu, co dało jej złudne poczucie, że przecież wszystko jest pod kontrolą, że ma jeszcze jakieś zahamowania i w każdym momencie będzie mogła wyjść, ubrać się i wrócić, jakby nic się nie stało.

Znów obudziła się w łóżku, już któryś raz tej nocy. Teraz jednak zaczęła kwestionować, czy aby na pewno była mokra z potu.

Nic się nie stało, usłyszała znów w głowie, ale jakby głosem Collina. Zasłaniała okno i odwracała się do niego tyłem, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że czasem widziała tam jego zarys. Czasem starego mężczyzny w więziennych łachach. Bała się spać w całkowitej ciemności, jednak lampka tylko pogarszała sprawę, gdyż gra świateł wzmagała halucynacje.

Na początku nie mogła spać. Wpatrywała się w ekran laptopa tak długo, aż dosłownie padała ze zmęczenia. Szybko odkryła, że koszmary — tak żywe, tak realistyczne, jakby nie śniła, tylko przenosiła się w inny wymiar, gdzie tego wszystkiego doświadczała; gdyby miała go jakoś nazwać, bez dwóch zdań nazwałaby go piekłem — były gorsze od rzeczywistości. Zaczęła pić kawę litrami, ale i to przestało jej pomagać. Im bardziej nie chciała o nich myśleć, tym częściej o sobie przypominały.

Raz wytrzymała bez snu ponad sześćdziesiąt godzin, jednak halucynacje tak przybrały na sile, że Jamie musiał jej podać leki przeciwpsychotyczne.

Leżała teraz mokra od — oby — potu, zbyt oszołomiona, by się ruszyć. Chciałaby się czymś otumanić, żeby po prostu p r z e s t a ć  m y ś l e ć. Nawiedzało ją tyle wątpliwości, tyle pytań bez odpowiedzi, tak wiele niewiadomych, że głowa puchła.

Przerażało ją wejście w las. Wyobrażała sobie chatkę z góry, z perspektywy wznoszącego się drona i widziała, że tak naprawdę znajdowała się na pustkowiu pośród tysięcy drzew, od których chroniły ją tylko te cienkie ściany. Chatka malała, dystans wzrastał, widziała Los Angeles, Kalifornię, Stany, aż w końcu sięgnęła wzrokiem do Europy i znów uderzyło ją to, jak daleko była od domu.

Co ona robiła? Godziła się na połykanie trucizny, mimo że powiedzieli jej, do czego to prowadzi. Zamknęli ją, odcięli jej dostęp do świata, uzależnili od siebie pod względem jedzenia i wody, a ona uwierzyła, że to dla jej dobra. Wierzyła im na słowo, wierzyła w zamknięcie miasta, w monitoring z programem rozpoznawania twarzy, w helikoptery, łodzie podwodne i w wyszkolone, zorganizowane grupy poszukiwawcze. Dlatego nie próbowała wrócić na własną rękę, skazując się na taki los. Czy to już definicja szaleństwa?

Oczywiście nie dzieliła się z nimi wątpliwościami, które spędzały jej sen z powiek. Wolała w samotności torturować się tymi myślami niż śnić.

— Winterhood.

Głos wyrwał ją z płytkiego snu. Kiedy wpół ocknięta przewróciła się na bok, napotkała opór. Poczuła szarpnięcie nadgarstka.

Podniosła się natychmiast do pół siadu, zauważając z przerażeniem, że była przykuta kajdankami do prawej strony łóżka.

Prawie wydarła się na Chase'a stojącego w progu, zanim doznała olśnienia — parę godzin temu sama budziła Jamiego, żeby ją unieruchomił. Może nie pozwoliło jej to spać spokojniej, ale dało choć niewielkie poczucie bezpieczeństwa: jeśli rzeczywiście lunatykowała, rozwaliłaby ramę łóżka, by wyjść z chaty, a to powinno ją ocucić. Musiała mieć pewność, że sny o wodzie były tylko snami, a mokre włosy zwyczajnie przepocone.

ExodusPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!