Rozdział 1

3.1K 162 6
                                        

LOUIS:
Siedziałem w swoim biurze w Manchesterze. Jestem to współ - właścicielem razem z moim kumplem Niallem. Poznałem go rok temu i zaprzyjaźniliśmy się a, że on pracował w tej samej branży postanowiliśmy więc stworzyć własną firmę i udało nam się!


Aktualnie było zebranie wyższej klasy biznesmenów, nudziło mnie to jak cholera, ale jako szef musiałem na nim być.
Mój telefon wciąż wibrował w kieszeni, myślałem, że mnie kurwica weźmie! Jak nie Maggie to Harry i tak w kółko. Kiedy przestał w końcu dzwonić dostałem sms - a, więc postanowiłem go po cichu odczytać, był on od Meg:

" Louis błagam cię oddzwoń! Tu chodzi o ALEX! "

Kiedy przeczytałem, że chodzi o moją ukochaną od razu zerwałem się z miejsca, przeprosiłem wszystkich zebranych i wyszedłem z sali konferencyjnej, dzwoniąc jednocześnie do Meg...

- Maggie mów natychmiast co się stało!

- Fajnie, że dopiero teraz się zainteresowałeś!

- Dobra! Nie mów mi tych swoich farmazonów, tylko mów o co chodzi! – warknąłem.

- Dobra więc..., Alex rodzi.

- Co?!

- No nie rozumiesz?! Alex jest w szpitalu i rodzi! Chciała aby do ciebie zadzwonić bo chcę, żebyś był przy porodzie. Więc sprężaj dupe i przyjeżdżaj! - powiedziała rozłączając się a mi zrobiło się słabo.

- Panie Torres, wszystko w porządku? – spytała Annie, moja i Nialla sekretarka.

- Tak. Nie. Moja żona rodzi.

- To co pan tu jeszcze robi? Proszę natychmiast jechać ja panu Horanowi wszystko wytłumaczę.

- Naprawdę?

- Oczywiście. Żona i dzieci w tym momencie są najważniejsze, więc nie ma co tu siedzieć a pańska żona na pewno na pana czeka.

- Dziękuję Annie, jesteś kochana! - krzyknąłem i szybko zniknąłem w swoim gabinecie.

Zabrałem torbę i kluczyki od samochodu po czym szybko opuściłem gabinet i biuro. Z piskiem opon ruszyłem w stronę szpitala.


Dobrze, że mamy taką wyrozumiałą sekretarkę, zresztą co się jej dziwić. Ma 28 lat i również jest mężatką, ma czwórkę dzieci i dwa razy pod rząd urodziła bliźniaki. Jak ona to wytrzymała?! Przecież jedno dziecko jest dość trudno urodzić a co dopiero dwa na raz!
No właśnie! Dwa na raz! Przecież Alex urodzi dwa wspaniałe bliźniaki, jeśli jeszcze nie urodziła. I jak na złość zatrzymała mnie policja...

- Kurwa! – przekląłem.

- Dzień dobry. Dokumenty poproszę.

- A czy to konieczne panie władzo? Naprawdę nie chciałem przekroczyć prędkości, ale moja żona rodzi.

- I myśli pan, że panu uwierzę? Dokumenty proszę.

- Mam dowody - powiedziałem i z torby wyciągnąłem swój portfel żeby pokazać zdjęcie - widzi pan - policjant spojrzał - tu jest moja żona już z dość dużym brzuchem, obok niej siedzi mój syn a za nimi jestem ja. Proszę panie władzo, naprawdę się śpieszę, chcę być przy porodzie to dla mnie ważne.

- No dobrze. Tym razem tylko pouczenie. Proszę jechać i pozdrowić żonę.

- Dziękuję! Na pewno pozdrowię - powiedziałem i znów ruszyłem przed siebie.

Jak dobrze, że schowałem to zdjęcie do portfela. Zawsze będę się mógł wymigać, gdyby kolejny raz zatrzymała by mnie policja.


Po kolejnych dziesięciu minutach byłem na miejscu. Szybko wysiadłem z samochodu i biegiem ruszyłem w stronę szpitala...

- Przepraszam! - zatrzymałem jedną z pielęgniarek - moja żona, Alexandra Torres właśnie rodzi i chcę wiedzieć gdzie jest sala porodowa.

- Proszę iść korytarzem prosto i na lewo.

- Dziękuję - powiedziałem i znów biegiem ruszyłem przed siebie.

Kiedy wpadłem na salę porodową, bo tak chyba można to nazwać. Przynajmniej tak mi się wydaje, zauważyłem Maggie i Harry'ego oraz panią Jane a raczej mamę, podbiegłem więc do nich...

- Gdzie Alex?

- Nareszcie się zjawiłeś! - krzyknęła Meg.

- Gdzie Alex?!

- Na sali jest w trakcie porodu - powiedziała Jane.

- Muszę tam wejść.

- Nie pozwolą ci - powiedział Harry.

- Niby dlaczego?

- Bo trwa poród - powiedziała obojętnie Meg.

- Ja muszę tam być i gówno mnie obchodzi czy można wejść czy nie! - warknąłem i wziąłem niebieski kaftan.

- Louis uspokój się – powiedziała spokojnie Jane a ja jedynie pokiwałem głową, wypuściłem parę razy powietrze z ust i wszedłem do środka sali.

- Przepraszam pana, ale tu nie można...

- Aaaa!!! - usłyszałem krzyk Alex, więc do niej szybko podbiegłem, nie interesując co powiedziała pielęgniarka. Złapałem Alex za rękę.

- Alex, kochanie.

- Louis - powiedziała cichutkim głosem.

- Kim pan jest? - zapytał lekarz.

- Mężem Alex.

- Czy pani chcę aby pani mąż został z panią?

- Tak! - krzyknęła Alex.

- Dobrze a więc, pan najlepiej niech złapie żonę za rękę - zrobiłem tak jak kazał mi lekarz, ale kiedy poczułem mocny uścisk Alex zrobiłem się czerwony na twarzy - a pani niech prze.

- Przyj Alex. Będzie dobrze - powiedziałem a moja żona jedynie pokiwała głową.

Przez kolejną godzinę lub więcej nie opuściłem Alex. Strasznie krzyczała a nawet i płakała. Była cała spocona, ale to od wysiłku.


W pewnej chwili usłyszałem dziecięcy płacz, spojrzałem na Alex a na jej twarzy pojawiła się ulga...

- Gratuluję. Mają państwo zdrową córeczkę i zdrowego synka.

- Widzisz skarbie - pogłaskałem Alex po głowie.

- Czy chcę pan przeciąć pępowinę?

- Ja..., ja...

- Niech pan się nie boi - kobieta podała mi wielkie nożyce a ja niepewnie ją przeciąłem. Trochę zrobiło mi się słabo, ale nie dałem tego po sobie poznać. W końcu to normalne!

- Proszę. Oto państwa dzieci - inna pielęgniarka podała nam nasze pociechy. Ja dostałem naszą córeczkę w różowym kocyku a Alex dostała naszego synka w niebieskim kocyku.

- Są śliczne.

- Mają to po mamie – powiedziałem.

- Po tacie też - zachichotała lekko.

- Kocham was.

- My ciebie też - uśmiechnąłem się po czym pocałowałem Alex w usta, bardzo czule.

Nasze dzieci były naprawdę śliczne. Małe śliczne i kochane. Byłem taki szczęśliwy i mam nadzieję, że kiedy Leo zobaczy swoje młodsze rodzeństwo również będzie bardzo ale to bardzo szczęśliwy.

Mr & Mrs Tomlinson ✔ (ZAKOŃCZONE - DO KOREKTY)Where stories live. Discover now