1 - Na północ

115 7 3
                                    

Ucieczka nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem... – ta myśl tłukła mi się po głowie w rytm stukotu kół pociągu, który z każdą minutą oddalał mnie od rodzinnego miasteczka, Zielonego. To właśnie tam zostawiłam wszystko, co zatruwało mi życie przez ostatnie pół roku, a mimo upływu kilometrów nie czułam spodziewanej ulgi.

Jestem Elka, mam prawie siedemnaście lat i miewam Przeczucia – takie przez duże „p". Ale dzisiaj nie czułam się wyjątkowo. Prędzej powiedziałabym, że jak tchórz. Nawet nie byłam pewna, czy byłby to tchórz przez duże „t", bo taki straszny, czy może przez małe „t", bo tak podłe to było uczucie. W końcu, uciekać od problemów to jakby przyznać się do porażki. Tak mi się przynajmniej wydawało...

Natychmiast skarciłam się w myślach za kolejną „pożal-się-Boże" prawdę objawioną. Niezrównana w wyłapywaniu tych moich patetycznych nonsensów była polonistka, Torpeda, która w krótkich żołnierskich słowach potrafiła pokazać mi miejsce w szeregu. Jak tylko coś takiego znajdowało się w wypracowaniu klasowym, bezlitośnie punktowała mnie w swojej recenzji. Choć czasami udawało mi się ją zaskoczyć i wtedy w tej opinii znajdowałam kilka zdań pochwały. Torpeda to było zło wcielone, ale zdarzało jej się okazać bardziej ludzką twarz... Rzadko, ale jednak.

Wzdrygnęłam się na wspomnienie polonistki. Pierwszy dzień wakacji nie był dobrym czasem na myślenie o nauczycielu, który doprowadzał uczniów do rozstroju nerwowego. Najlepszym podsumowaniem pierwszego roku nauki z Torpedą były słowa mojej najlepszej koleżanki, Emilii Zamróz, która powiedziała, że w wakacje zamierza rozpocząć psychoterapię.

Auć, Emilia... Następny temat, którego nie należało poruszać w środku nocy w pociągu. To na pewno nie pomoże mi zasnąć. Jakiś czas temu stanowczo zakazałam sobie myśleć nocami o całym tym zamieszaniu, przez które moje życie stało się tak nieznośne. Analizowanie tamtych wydarzeń za każdym razem tylko mnie nakręcało, powodowało przyspieszony puls, a mózg zaczynał puchnąć od nagromadzonych impulsów elektrycznych przeskakujących między neuronami. Nie, zdecydowanie lepiej było nie dopuszczać tych myśli do siebie. Musiałam je zagłuszać wszelkimi dostępnymi środkami! A do najlepszych, jakie znałam, należała właściwa muzyka.

Poruszyłam się na mojej kuszetce, próbując dosięgnąć plecaka, w którym wiozłam telefon z wgranymi ulubionymi piosenkami. Przy okazji rzuciłam kontrolnie okiem na moje śpiące rodzeństwo. Pode mną spała rozwalona na posłaniu po królewsku Jadzia, moja młodsza siostra. Po przeciwnej stronie – słodko zwinięty w kłębek mój młodszy brat, Krzyś. Czyli wszystko w porządku. Chrapiącego na kuszetce obok Łukasza, mojego starszego brata, starałam się ignorować. Jednego byłam pewna – jakiekolwiek hałasy nie obudziłyby żadnego z nich. Mogłam więc spokojnie grzebać w plecaku w poszukiwaniu sprzętu.

Trochę to trwało, zanim moja ręka wyczuła kłębowisko kabelków. No, oczywiście! Musiały się poplątać, mimo że pieczołowicie zwinęłam je w zgrabną pętlę i spakowałam z najwyższą ostrożnością! A one i tak przypominały teraz węzeł gordyjski... Stłumiłam westchnienie pełne irytacji. Jak miałam w tych ciemnościach rozsupłać te kabelki?!

Przysunęłam się do okna i odchyliłam nieco zasłonkę. Noc była niemal bezchmurna, a księżyc jasno świecił, rzucając niebieskawą poświatę na moje kolana. Zaczęłam rozplątywać słuchawki, mając przez chwilę irracjonalne uczucie, jakby ten supeł był symbolem tego, przez co przechodziłam w ostatnim czasie. Może powinnam wziąć na kolana to moje pogmatwane życie i też niteczka po niteczce rozplątałabym wreszcie ten węzeł? Ha, żeby to było takie proste!

Chwilę mi to zajęło, ale wreszcie mogłam wetknąć słuchawki do uszu. Zaczęłam przeszukiwać wgrane piosenki, żeby znaleźć coś pasującego do mojego nastroju. Co chwilę jednak odrywałam wzrok od wyświetlacza, bo widoki za oknem przyciągały moją uwagę. Ciekawił mnie ten płaski krajobraz, przez który mknął nasz pociąg. Zresztą, nic dziwnego – na co dzień mieszkałam w miasteczku otoczonym czterema wzgórzami, więc nizinny pejzaż był dla mnie czymś wyjątkowym. Szczególnie, jeśli spowijała go srebrna poświata księżyca, co nadawało widokom niesamowitego uroku. Dosłownie „niesamowitego"...

Wróciłam do szukania piosenek. Przerzuciłam jeszcze kilka, aż trafiłam na utwór idealnie pasujący do mojego aktualnego stanu ducha – „Million years ago", szczególnie ten fragment o tym, jak unikają cię znajomi... Jakże aktualny stawał się ten tekst, kiedy przypominałam sobie wydarzenia ostatnich miesięcy, które mocno nadszarpnęły moją wiarę w dobrych ludzi. Rozczarowanie Emilią, moją prawie-przyjaciółką, było zbyt wielkie, żebym tak łatwo przeszła nad tym do porządku dziennego.

W ciągu minionych dwóch miesięcy były takie chwile, kiedy żałowałam, że przyłożyłam rękę do szczęśliwego zakończenia perypetii sercowych Emilii i Rafała. Może gdybym go nie zachęciła, żeby poprosił ją do tańca na szkolnej dyskotece, nie wpadliby potem na idiotyczny pomysł odwdzięczania mi się? Może nie zaczęliby mnie swatać z chłopakiem, którego wprost nie znosiłam od samego początku? Może...?

Ech, no i po co to całe gdybanie?!

Wbrew najszczerszym chęciom moja myśl odpłynęła w stronę Zielonego i osób, które zostawiłam za sobą. A tak się pilnowałam, żeby nie wpaść w spiralę rozmyślania o końcówce roku szkolnego! To nigdy nie kończyło się dla mnie dobrze. Ileż to razy zamiast zasnąć po ciężkim dniu leżałam w ciemnościach, rozpamiętując wydarzenia z poprzedniego dnia, ze szczególnym uwzględnieniem każdej złośliwości wycelowanej we mnie!

Całą siłą woli skupiłam się teraz na mijanych krajobrazach i melodii w uszach – byle tylko zagłuszyć niechciane myśli. Muzyka stopniowo uspokajała mnie i nawet nie wiedziałam, kiedy zapadłam w sen.

Obudził mnie chłód i ból w karku. Było nie zasypiać na siedząco! W dodatku, co to za spanie, jeśli śniło mi się to, co zawsze – powracający koszmar z Robertem Tombakiem w roli głównej i Emilią dzielnie mu sekundującą w kolejnych złośliwościach.

Za oknem już świtało. Musiałam spać jakieś trzy – cztery godziny, ale nie czułam się wypoczęta. Na kuszetce obok budził się Łukasz. Spojrzał zaspanym okiem na mnie, po czym bez słowa przewrócił się na brzuch i zaczął obserwować świat za oknem. Zrobiłam to samo. W dzieciństwie uwielbialiśmy podróżować pociągiem w ten sposób! Zazwyczaj ciągle coś komentowaliśmy, ale dzisiaj nie padło między nami ani jedno słowo na temat tego, co widzieliśmy przez okno. Aż podskoczyłam, kiedy usłyszałam nagle głos brata:

– Znów nie spałaś dzisiaj zbyt dobrze, co?

– Skąd ten pomysł? – burknęłam w odpowiedzi.

– Masz podkrążone oczy – stwierdził, nie patrząc na mnie.

– Wydaje ci się – mruknęłam, czując, że moje oczy podejrzanie wilgotnieją.

Odruchowo sięgnęłam do włosów i nieco je zmierzwiłam, żeby zakryć twarz. Kilka miesięcy temu zaczęłam je zapuszczać i obecnie byłam ostrzyżona na boba. Przydatna fryzura, która pozwalała ukryć łzy, ilekroć pojawiały się nieproszone. Czyli dość często. Nie wiedziałam, co się ze mną działo i dlaczego nawet jedno niewinne pytanie uruchamiało łzy. Jak dobrze, że mogłam się zasłonić i udawać przed innymi, że wszystko było w porządku.

– Jak od dwóch miesięcy... – skomentował mój brat, po czym zerknął na mnie z ukosa. – Dzieje się coś złego? – zapytał ostrożnie.

– Nie – ucięłam, a Łukasz nie odezwał się więcej.

Czego się spodziewał? Że wyłożę mu swoją wersję wydarzeń? Przecież sam mi dogryzał, że Robert za mną lata, a ja nic sobie z tego nie robię. Pół szkoły się ze mnie nabijało, a już szczególnie dziewczyny w mojej klasie, które wciąż plotkowały o tym, dlaczego nie chcę umówić się z jednym z najprzystojniejszych chłopaków. Z kolei w klasach drugich wszyscy chłopcy żartowali z Roberta, że lata za niedostępną brzydulą.

Łukasz kompletnie mnie nie rozumiał, Emilia zawodziła jako przyjaciółka, moja siostra Kasia rzuciła się w wir studiowania i życia w Krakowie, mama była wiecznie zajęta zamkiem i swoimi studentami, tata wciąż gdzieś wyjeżdżał... Na Agnieszkę, moją przyjaciółkę z Doliny, też nie mogłam liczyć. Ale to akurat była wyłącznie moja wina... I nie chciałam o tym teraz myśleć!

Pozostawał mi zatem mój pies. Szkoda tylko, że jego wsparcie było mocno ograniczone do słuchania – nie mógł mi odpowiedzieć żadną radą, choć mogłabym przysiąc, że rozumiał każde słowo! W jego oczach było tyle współczucia, że sama już nie wiedziałam, czy mam tak mądrego psa, czy może zaczynam popadać w obłęd i „widzieć rzeczy"...

Postanowiłam sobie, że choćby świat miał się zawalić, ja sobie z tym sama poradzę. I wyjazd nad morze na całe wakacje był doskonałą okazją do tego, żeby przynajmniej spróbować.

MarzeniaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz