Rozdział 19 - Świąteczny zawrót głowy

994 57 2
                                    

            Kilogram karpia jedyne pięć funtów i czterdzieści dziewięć centów, pudełko mieszanki słodkości cztery dwadzieścia, worek mandarynek zaledwie trzy funty i dziewięćdziesiąt dziewięć centów, super wygodny, stylowy, z milionem fantastycznych funkcji zegarek na rękę firmy Nie-Ważne-Jakiej-Ważne-Że-Za-Niego-Zabulisz-A-Twój-Teść-Będzie-Udawał-Że-Prezent-Jak-Najbardziej-Trafiony trzydzieści funtów! Taka okazja. Taka oferta. Nic, tylko wstać i biec do sklepu zanim inni tam dotrą i sprzątną ci sprzed nosa zestaw noży kuchennych z kolorowymi, gumowymi uchwytami w super niskiej cenie, których aż żal nie kupić, mimo to, że nie są ci ani trochę potrzebne, ale przecież są święta, niepowtarzalna okazja, taka niska cena...
            Promocje. Promocje świąteczne były po prostu wszędzie, a już szczególnie w takich miejscach jak centra handlowe i wodziły biednych, niczego nieświadomych ludzi na pokuszenie i stracenie niczym syreny biednych żeglarzy. Na domiar złego to w Macclesfield, gdzie wówczas przyszło mi siedzieć na jednej z niewygodnych ławek w oczekiwaniu na Anne i Williego, tak bardzo błyszczało od złotych i jaskrawych ozdób oraz wielkich reklam, że momentami dostawałam światłowstrętu i spuszczałam głowę w dół, aby nie cierpieć aż tak bardzo. Do tego słabe covery kolęd odbijały się od ścian i sklepowych witryn przeładowanych nikomu niepotrzebnym towarem, który jedynie kusił wyglądem i na pozór niską ceną, i trafiały do moich uszu, drażniąc je. W rosnącej w zawrotnym tempie irytacji, zerkałam gorączkowo na sporych rozmiarów zegar wiszący tuż nad głównym wejściem do galerii z nadzieją, że Anne nie stanęła w żadnym „świątecznym” korku i nie spóźni się znacząco. W międzyczasie posyłałam złudne i porażająco sztuczne uśmiechy ludziom przechadzającym się holem, na którym koczowałam od jakichś dobrych piętnastu minut. Skoro oni cieszyli się tym okresem obłudy, zdzierającym z nas ostatnie pieniądze, nie znaczyło to, że musiałam im ów szczęście zabierać choćby na chwilę jakimś niedojrzałym aktem nieżyczliwości. Wystarczyło, że rzuciłam lekko zgryźliwy komentarz do jakiegoś typa próbującego wcisnąć mi kompletnie zbędny osobie w moim wieku kredyt świąteczny. Taka praca, rozumiem, może sam robił to, żeby zarobić na prezent dla ukochanej dziewczyny, ale na miłość Boską, mógł chociaż obrać sobie za cel kogoś, kto przynajmniej wyglądałby jakby tego potrzebował. Ale... Jak każda najdrobniejsza rzecz na świecie, ta cała szopka także miała jakieś plusy, a jednym z nich były na przykład darmowe słodycze rozdawane przez fałszywych mikołajów, pod których brodami kryli się prawdopodobnie moi koledzy ze szkoły, pragnący złapać kilka funciaków na „to i owo”. Właściwie to nie „prawdopodobnie”, tylko na pewno jeden z nich był kimś z mojego otoczenia bowiem zanim pochylił nade mną wiklinowy koszyk pełen cukierków powiedział coś w stylu: „A ty, Nancy byłaś w tym roku grzeczną dziewczynką?”. Poza tym, że parsknęłam śmiechem na to pytanie wypowiedziane w okropnie zabawny sposób, który zapewne według ów tajemniczego chłopaka miał zabrzmieć ponętnie albo pociągająco, pozwoliłam sobie przywłaszczyć całą garść smakołyków i rzucić w odpowiedzi, że chętnie przyjmę kolejne tony węgla za złe sprawowanie, bo zaoszczędzam poprzez to na ogrzewaniu. Gdyby nie biała broda zasłaniająca niemalże całą jego twarz, mogłabym raczyć się widokiem jego miny, tymczasem pozostało mi jedynie wyobrażać sobie jak bardzo zbiłam go tym z tropu, bo już nic więcej nie powiedział, a ruszył na podryw do niewielkiej grupy dziewczyn stojących nieopodal. Z kolei ja schowałam swoją zdobycz do kieszeni kurtki. Nie minęła minuta, a wyciągnęłam jedną czekoladkę i pochłonęłam ją z szybkością światła.
            - Hej, Nancy! - Nagle usłyszałam za sobą radosny głos Williama, a po sekundzie malec zmaterializował się przede mną, uśmiechając się nieziemsko uroczo, aż naszła mnie ochota, żeby go wyściskać za wsze czasy. Anne natomiast nie była w aż tak dobrej kondycji, jak chłopiec, więc dołączyła do nas po chwili, cicho dysząc ze zmęczenia.
           - Przepraszam za spóźnienie! - rzekła na wstępie, przystając wreszcie i opierając się jedną ręką o oparcie ławki. Zdaje się, że faktycznie stanęli w korku i z parkingu szli tu co najmniej szybkim marszem, stąd to zmachanie i zaróżowiałe z wysiłku policzki. - Jeszcze raz dziękuję, że zgodziłaś się przypilnować dziś Williama. Ratujesz mi życie!
            - Zawsze do usług. - Ukłoniłam się teatralnie z dumnym wyrazem twarzy, po czym ukradkiem podałam Williemu cukierka i zmierzwiłam jego lśniącą, blond czuprynę. Swoją drogą, ciekawe za kim miał taki piękny, intensywny kolor, skoro zarówno Harry, jak i Anne byli brunetami. - O której mamy wrócić do domu? - zapytałam dla niepoznaki. Było dopiero krótko po dziesiątej rano, młody nie powinien jeść słodyczy tak prędko.
            - Najlepiej na obiad – odparła kobieta spokojniejszym tonem, ponieważ w końcu udało jej się wyrównać oddech. - Tutaj masz stały zestaw – dodała, wskazując mały plecaczek w samochody na plecach Williego. Stały zestaw, czyli chusteczki, picie, kartki, kredki i kilka funtów w razie, gdyby młody zgłodniał.
            - Przyjęto, bez odbioru – powiedziałam z powagą, na co Anne uśmiechnęła się serdecznie.
            - Muszę lecieć. Do zobaczenia! - pożegnała się, następnie pocałowała syna w policzek, przelewając na niego niezmierzoną ilość matczynej miłości, a on najzwyczajniej w świecie skrzywił się gorzej, jak po ugryzieniu cytryny.
            Gdy, tylko kobieta oddaliła się od nas na dobre parę metrów, Willie dał mi solidnego kuksańca w udo, informując mnie, że tym samym zainicjował pierwszą tego dnia zabawę.
            - Gonisz! - krzyknął i ze złośliwym śmiechem zaczął uciekać w bliżej nie znanym mi kierunku. Nie pozostało nic innego, jak puścić się w szaleńczo upokarzającą pogoń po centrum handlowym, w którym aż roiło się od znajomych i ich rodziców. Zgrabnie wymijając ludzi i patrząc na ich, niestety mało wyrozumiałe miny, wołałam chłopca – bez skutku. Ostatecznie gonitwa trwała około trzech minut i zakończyła się przed stoiskiem z atrakcjami dla znudzonych zakupami dzieci. Była to raczej strefa odgrodzona czerwonym łańcuchem od reszty szerokiego holu w drugiej części galerii, a wchodziło się tam bramą, nad którą widniał kolorowy napis „Magiczna Strefa Elfów”. Na wstępie podeszła do nas dziewczyna przebrana za elfa, poczęstowała kolejnymi łakociami i zaprowadziła nas do jednego z niskich stolików, przystosowanych do wzrostu dzieciaków, gdzie wyjaśniła nam co możemy przy nim zdziałać i czym się pobawić. Willie nie tracił ani chwili i od razu rzucił się na kolorowy papier, jakby zaraz miało się zjawić stado dzieci spragnione ów papieru do tego stopnia, że gotowe byłby za niego zabić. Tak mniej więcej wyglądało to, jak błyskawicznie złapał blok kartek. Nim się obejrzałam podsunął mi czerwoną i spojrzał na mnie niczym staruszek zmarnowany życiem. Ta szybka zmiana wprowadziła mnie w niemała konsternację.
            - Wiesz co, Nancy... - zaczął wzdychając głęboko, a mnie zachciało się śmiać z tego, jak górnolotne było jego aktorstwo, a zarazem z trudem opanowałam swoje zaciekawienie. - Bo u mnie w przedszkolu jest taka jedna dziewczyna i tak sobie myślałem...
            Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc jak niepewnie i skromnie wyznaje mi swoje uczucia względem jakiejś dziewczynki, a wokół mojego serca zawirowało nietypowe ciepło. Wzruszył mnie fakt, że młody zechciał podzielić się tak istotnym faktem ze swojego życia akurat ze mną, a co najważniejsze, nie wstydził się mnie, co było jednoznacznym znakiem, że mi ufał. O nic więcej prosić nie mogłam. Wkroczyłam na kolejny etap naszej relacji, co niezmiernie mnie cieszyło.
            - Jak ma na imię? - pospieszyłam z pytaniem, widząc, że chłopiec nie wiedział jak kontynuować.
            - Zoe – mruknął pod noskiem, a jego oczy zabłyszczały w świetle kolorowych światełek ozdabiających średnich rozmiarów choinkę stojącą tuż obok nas.
            - W takim razie – zaczęłam, spoglądając na niego z pełną uwagą, aby przypadkiem nie poczuł się zlekceważony bądź nie przeszło mu przez myśl, że jego problem mnie nie interesuje lub jest błahy. To, że on na mnie nie patrzył nie znaczyło, że i ja miałam się tak zachować. - Ta cała Zoe ma ogromne szczęście, że taki młody dżentelmen jak ty się nią zainteresował.
            - Ale ona nic nie wie – rzekł zmartwiony i wciąż nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego, prawdopodobnie ze stresu. Jeśli patrzenie na rzeczy walające się po stole ułatwiało mu sprawę, nie przeszkadzało mi to absolutnie. - Dlatego pomyślałem sobie, że zrobię dla niej kartkę.
            - To bardzo miłe z twojej strony – przyznałam, ukrywając niemałe zdziwienie jego pomysłem, bo jaki czterolatek wpadłby na to, aby własnoręcznie zrobić laurkę dla koleżanki? W tym wieku chłopcy są jeszcze na etapie „dziewczyny fuj”, zaś ten młodzieniec wykazał się wielką odwagą bowiem był raczej świadom, że gdyby jego koledzy dowiedzieli się o tym, wyśmialiby go. Willie sporo zyskał w moich oczach podczas tej rozmowy, a był to dopiero jej początek.
            - A ty dla kogo zrobisz? - spytał tak z innej beczki, przerywając temat swojej sympatii, czym nieco zbił mnie z tropu. Zapewne oczekiwał, że również zechcę wyprodukować coś dla kogoś płci przeciwnej, niestety byłam zmuszona go rozczarować.
            - Nie wiem – odparłam w pierwszej chwili, wzruszając ramionami i autentycznie zastanawiając się nad szybką odpowiedzią. - Pewnie dla mamy.
            - Nie lubisz żadnego chłopaka?
            W sekundę, jak zaczarowany wyrzucił poważnego, przybitego Williama za plecy i znów powrócił na swoje stanowisko wścibskiego, energicznego Williego.
            - Lubię wielu chłopaków, ale nie w taki sposób, w jaki ty lubisz Zoe. – Sprytnie wybrnęłam z sytuacji, gotowa do triumfowania, lecz mały miał coś w zanadrzu.
            - Aha... - zaczął w prawdzie niegroźnie i zdawałoby się, że to koniec i zaraz przejdziemy do produkcji miłosnych uniesień na poziomie przedszkola, jednak się przeliczyłam. - To wybierz jednego z nich, co lubisz najbardziej. - Nie dawał za wygraną, najwyraźniej opcja podarowania kartki świątecznej mamie nie wydawała mu się zbyt atrakcyjną.
            - Najbardziej lubię Milesa, ale teraz od robienia kartek ma Minnie – odpowiedziałam całkiem szczerze, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że zabrzmiało to trochę niestosownie, mimo to, że nie miałam na myśli niczego poza najczystszą przyjaźnią, którą stworzyliśmy z Charliem w ciągu ostatnich sześciu lat. Na szczęście Willie poprowadził ten wątek w nieco innym kierunku, za co byłam mu wdzięczna. Kto go wie, mógłby mnie jeszcze zapędzić w kozi róg swoimi cwanymi zagrywkami i wykorzystać to potem przypadkowo przeciwko mnie.
            - Miles to ten kolega od Harry'ego, nie? - zagadnął, jakby dla potwierdzenia.
            - Owszem.
            - To może zrobisz kartkę dla Harry'ego? - wypalił, prawie że wchodząc mi w zdanie, a ja aż otworzyłam szerzej oczy w reakcji na jego propozycję. Rozdziawiłam lekko usta, nie bardzo mając pomysł na ripostę, co pozostało niezauważonym tylko i wyłącznie dlatego, że uwagę małego Stylesa przykuły jakieś dźwięki dochodzące z innej części Magicznej Strefy Elfów.
            - Myślę, że Harry dostanie wystarczająco dużo kartek od dziewczyn z całego świata – powiedziałam, kiedy Willie ponownie skupił się na mojej osobie. Nie było co owijać w bawełnę, młody wiedział, co robił jego starszy brat i że miliony nastolatek na świecie za nim szalało. Nie raz widział sterty listów, które przychodziły do ich domu non stop w ciągu całego roku.
            - Ale ciebie zna, więc to co innego.
            Kiedy on się zrobił taki wygadany?
            - Ciebie też zna, ty mu zrób – wycedziłam wielce zadowolona ze swojej bystrości i natychmiast odczułam euforię spowodowaną nagłą świadomością własnej wyżyny intelektualnej. Nad prawie cztery razy młodszym ode mnie człowieczkiem...
            - Przecież ja robię dla Zoe.
            Zmieszałam się. Przyparł mnie do muru, skubaniec, w dodatku mu w tym pomogłam. Przy okazji zdałam sobie sprawę, że wcale taka bystra nie byłam.
            - Dobra, dobra, zrobię dla twojego brata! - burknęłam dla świętego spokoju i wytykając język czterolatkowi, sięgnęłam po czarny pisak. Zawiesiłam rękę nad pustą kartką, którą wcześniej złożyłam na pół, i zdałam sobie sprawę, że nawet taka durna świąteczna laurka dla przyjaciela nie była prostym zadaniem do wykonania i nie chodziło tu o jego techniczną cześć, tylko o to, co powinnam była w niej zawrzeć.






            Po odwiezieniu Williama do domu około czternastej, wreszcie miałam odrobinę czasu na mały odpoczynek przed planowanym pisaniem kolejnych stron swojej książki. Oczywiście Anne, jak to Anne wykazała się ogromną życzliwością i wręcz nalegała, abym została u nich na obiad, natomiast Willie stanął za nią murem i nie miałam innego wyjścia, jak zjeść z nimi tego przepysznego kurczaka z warzywami.
            W drodze powrotnej do domu złapał mnie deszcz ze śniegiem, co nie było mi na rękę zważywszy na fakt, iż nie wzięłam ze sobą czapki, a przy swoim płaszczu nie miałam kaptura. Zbliżając się do niewielkiego, dwupiętrowego budynku, w którym przyszło mi mieszkać przez całe swoje dotychczasowe życie, zaczęłam ostrożnie truchtać, aby przypadkiem nie poślizgnąć się i nie przewrócić. Będąc już na ganku do moich uszu dotarły tak bardzo znajome dźwięki określone przeze mnie i Mins mianem świątecznego łoskotu. Od Wigilii dzielił nas dwa dni, a ściślej mówiąc około pięćdziesięciu godzin, nadszedł zatem czas na ostateczną rozgrywkę w kuchni i ogólnie na terytorium wroga, jakim były Idealne Święta, dlatego też ów łoskot nasilał się z minuty na minutę. Gdy otworzyłam drzwi frontowe, myślałam, że ten podmuch harmidru zmiecie mnie z powierzchni ziemi niczym bomba atomowa, ale waleczna ja poradziłam sobie z nim, lecz nie miałam pojęcia, że tuż za rogiem czeka mnie przykra niespodzianka.
            Nagle, jak grzyb po deszczu wyrósł przede mną Oliver i nim zdążyłam zarejestrować jego obecność w dość bliskiej ode mnie odległości, gówniarz wyciągnął zza pleców pistolet zabawkowy i strzelił mi małą kuleczką w lewe udo, co naturalnie zabolało, i to całkiem całkiem, a nie miałam ani czasu, ani sposobności do objawiania swojej słabości, ponieważ trzeba było czym prędzej interweniować. Złapałam go za łachy zanim rzucił się do ucieczki i sprzedałam mu lekko w tył głowy tak zwanego „ogarniacza”, na co jęknął i się skrzywił, wysyłając jakieś pogróżki pod moim adresem.
            - Lepiej się pilnuj, bo słyszałam o twoim nieszczęsnym wypadku z wczorajszej nocy – mruknęłam groźnie pod nosem, pewna tego, że mam haka na młodszego kuzyna bowiem słyszałam rozmowę naszych mam o tym jak Ollie zsikał się do łóżka, co było idealnym tematem do szantażu psychicznego i emocjonalnego. Młody był twardy i nie dał po sobie poznać, że nieco go przeraziłam, ale byłam doprawdy w stu procentach pewna, że uspokoi się przynajmniej na kilka godzin. Puściłam go, jeszcze strasząc wzrokiem na dowiedzenia, a ten pobiegł przed siebie, po drodze mijając swojego starszego brata i tym razem strzelił w niego. Jimmy oberwał w krocze, nic zatem dziwnego, że zgiął się w pół w bolesnym lamencie, z kolei ja załamana wszechobecnym chaosem postanowiłam zaszyć się w swoim królestwie póki było to możliwe.
            Zamykając za sobą drzwi do pokoju, a zarazem odcinając się niewidzialną barierą od tego całego hałasu, teatralnie otarłam pot z czoła, po czym rzuciłam się bezwładnie na łóżko. Myśląc kompletnie o niczym, oczyszczając swój umysł w miarę możliwości i wyciszając się na tyle, na ile było to możliwe leżałam na mięciutkich poduszkach do momentu, gdy poczułam, że to już to, że teraz trzeba wstać i zasiąść do biurka. Wołało mnie biurko, wołał mnie komputer, wołał mnie word, wołała mnie klawiatura. Usiadłam w fotelu, przysunęłam się i zaczęłam pisać. Szło dobrze, zaskakująco dobrze, jak na takie warunki, to było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe, zbyt piękne, aby mogło trwać dłużej niż... Bodajże siedemnaście minut.
            Wujek Greg miał to do siebie, że uwielbiał, po prostu uwielbiał uprzykrzać innym życie, co poniekąd wyjaśniało dlaczego Olivier był takim małym łachudrą. Chociaż tym razem nie zrobił tego całkowicie specjalnie i z premedytacją, włączenie kolęd na cały regulator definitywnie nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, kiedy miało się zamiar SKUPIĆ i PRACOWAĆ, a z całą pewnością nie sprzyjało lepszej atmosferze w domu. Jeszcze większy hałas, prawdopodobnie jeszcze mocniej rozdrażniał mamę i obie ciotki, tyrające od rana w kuchni, zaś wujaszek sączył z ojcem, dziadkiem i drugim wujkiem whisky albo coś w ten deseń i podejrzewam, że niekoniecznie martwiło ich to, że ich biedne żony wyciskały ostatki sił, aby przygotować im smaczne dania.
            Próbowałam kleić słowa w jakieś w miarę sensowne zdania przy akompaniamencie All I Wan For Christmas Mariah Carey, niestety jedyne co miałam wówczas przed oczami to sceny z filmu Love Actually, co wcale, a wcale mi nie pomagało, raczej dekoncentrowało. Zrezygnowana zamknęłam laptopa i zadzwoniłam do Minnie na ploteczki, nie widząc żadnego innego wyjścia. O śnie mogłam pomarzyć, ewentualnie mogłam iść do niej albo do Milesa, ale nie uśmiechało mi się opuszczać murów domu w tak fatalną pogodę. Z racji, że miałam darmowe do tej dwójki, nie szczędziłam sobie minut ani niekiedy godzin na zwyczajne rozmowy z nimi, dlatego też przegadałam z Fletcher niemalże godzinę. Jak zwykle obie ponarzekałyśmy na to, co nas trapiło bądź męczyło, wymieniłyśmy się nowinkami, które krążyły po Holmes Chapel, a także obgadałyśmy szczegóły naszego corocznego, „tajnego” planu wymknięcia się na pasterkę i spotkania się na Cotton Hill około północy razem z Charliem i być może Harrym. Spekulowałyśmy również na temat sylwestra. Zostało do niego zaledwie kilka dni, a my nadal nie mieliśmy żadnych planów, co nas martwiło. Nie chciałyśmy z Mins wylądować znów w jednym z klubów w Macclesfield i oglądać fajerwerków z rynku ów miasta, bo nie było to jakoś nader atrakcyjnym wyjściem, zważywszy na to, że bywaliśmy tam w prawie każdy weekend. Jednak ani ona, ani ja, ani Charlie, ani nikt inny z naszej paczki nie miał żadnej potwierdzonej opcji. Austin mruczał coś o jakiejś domówce w Manchesterze, ale wciąż nie było to nic pewnego, zatem głowiliśmy się nad czymś innym. Byliśmy aż tak zdesperowani, że stwierdziliśmy, że gdy koniec końców niczego nie da rady załatwić, wydamy świąteczne pieniądze na porządną imprezę w Londynie, ot co.
            Podczas rozmowy z Fletcher mój telefon wydał z siebie charakterystyczny dźwięk sygnalizujący o nadejściu wiadomości, ale mimo ciekawości nie przerwałam i przeczytałam ją dopiero, gdy pożegnałam się z przyjaciółką. Widząc imię Harry'ego na wyświetlaczu, mimowolnie uśmiechnęłam się do siebie. Nie odzywał się przez całe dwa dni, co w sumie nie powinno ani mnie dziwić, ani martwić, choć wydawało mi się to być niczym wieczność, więc esemes od niego automatycznie poprawił mi humor.
            „Hej, Nance! Jak tam rodzinka? Żyjesz jeszcze czy już dzwoniłaś do terapeuty? Będę w Holmes Chapel jutro po południu. Mama mówiła, że wpadasz na chwilę do Williego, więc na pewno się zobaczymy. Mamy coś dla Ciebie ;)”
            -
Mam coś dla ciebie – zastanowiłam się głęboko w myślach, po czym prędko pokręciłam głową i się skarciłam. - Boże, ale ze mnie materialistka.
            Zamiast cieszyć się, że zobaczę go już nazajutrz, po przeczytaniu wiadomości największą uwagę przykułam do tego, że chłopak miał dla mnie jakiś prezent. Właśnie. Prezent. Nancy Fritton, wszystko zawsze na ostatnią minutę. Nie miałam ani konkretnego pomysłu, ani choćby zarysu tego co mogłabym podarować Harry'emu. To nie było takie proste jak niegdyś. Dwa lata temu dałabym mu jakąś dobrą książkę i ulubione słodycze, ale teraz... Co mogłabym dać osobie, która może mieć wszystko, co namacalne, bo przecież zdrowia kupić nie mógł?  Nurtowało mnie to od dawna, zastanawiałam się nad tym nie raz, ale mimo częstych rozważań na nic porządnego nie wpadłam. Podobno liczą się intencje, kreatywność i wartość sentymentalna, ale nie stać mnie było na nic fenomenalnego, nic z listy świetnych rzeczy, jakie chciałabym mu dać. Po kilkunastu minutach DOPRAWDY intensywnych rozmyślań postawiłam na ostatni ze składników dobrego prezentu, czyli wartość sentymentalną. Zdecydowałam się zaryzykować i zrobić sama coś, co dla mnie miało ogromną wartość i znaczenie, i miałam nadzieję, że dla Harry'ego także będzie je miało, a mianowicie moim prezentem dla niego miała być antyrama, w której umieściłam pewne drobiazgi bezpośrednio łączące mnie z nim. Na samym środku widniały dwa zdjęcia, oczywiście przedstawiające naszą dwójkę. Pierwsze zostało zrobione przez Nialla podczas mojego pobytu w Londynie, było zatem najświeższym, jakie mieliśmy, drugie natomiast było tym samym, które zobaczyłam w pokoju Harry'ego, gdy bawiłam się z Williem w chowanego, czyli to z szesnastych urodzin Minnie. Trochę natrudziłam się z odnalezieniem go bowiem musiałam przejrzeć kilkanaście płyt pełnych zdjęć z najróżniejszych wypadów, czy spotkań. Przy okazji powspominałam stare dobre czasy, do czego nie doszłoby gdybym wcześniej nie podarła ów fotografii w akcie wściekłości. Z dalszą częścią prezentu miałam nieco większy problem, ponieważ aby wybrać odpowiednie fragmenty naszych tekstów potrzebowałam znacznie więcej czasu. Przejrzałam wszystkie wiersze Harry'ego, jakie miałam, przebadałam każdy z nich po parę razy, aby wyłonić z nich to, co najważniejsze i najlepsze. Wycinając poszczególne zdania zarówno z kartek z jego twórczością, jak i ze swoich zeszytów, miałam wrażenie, jakbym krzywdziła samą siebie, jakby każdy ruch nożyczkami zadawał kolejną, coraz to mocniejszą ranę, ale gdy pomyślałam, że robię to dla niego i wcale nie pójdzie to na marne ów dziwne uczucie odeszło. Cytaty z piosenek i wierszy bruneta wraz z fragmentami swojej „wczesnej” prozy poukładałam wokół naszych zdjęć, a w prawym, dolnym rogu napisałam czerwonym pisakiem średnich rozmiarów „Wesołych Świąt”. Całość prezentowała się całkiem dobrze. Co prawda nie był to ósmy cud świata, ale mimo to byłam w miarę usatysfakcjonowana z efektu końcowego i nie mogłam się doczekać aż dam go przyjacielowi.
            Po kilku godzinach przygotowywania prezentu, w ciągu których o dziwo nikt z rodziny mnie nie nękał nadeszła chwila, gdy wreszcie przypomnieli sobie o moim istnieniu. Szkoda, że nastało to w momencie, gdy ponownie zasiadłam do komputera i otoczona względną ciszą (kolędy ustały, a hałas z dołu zmniejszył się) zaczęłam pisać.
            Do mych uszu dobiegło skrzypienie otwieranych drzwi, więc błyskawicznie obróciłam się, aby zobaczyć kto był na tyle odważny, aby zakłócić mój spokój. Ów śmiałkiem okazała się być moja dziesięcioletnia kuzynka, dzięki czemu śmiało mogłam się na niej wyżyć w razie czego. W innym wypadku nie mogłabym raczej pokrzywić się na dorosłych.
            - Ciocia cię woła – burknęła charakterystycznym dla siebie tonem, który brzmieniem przypominał pełen obiekcji, pretensji, zarzutów i pesymizmu. Trochę dużo negatywów jak na istotę stąpającą po ziemi zaledwie dekadę. Co więcej jej twarz nie ukazywała absolutnie, powtarzam absolutnie żadnych emocji, co kolidowało właśnie z ów zjadliwym tonem. Po prostu stała z pokerową twarzą i ani drgnęła. Oboje z Oliverem stosowali na członkach naszej rodziny dwa różne sposoby szantażu i przemocy emocjonalnej, kolejno – psychiczny i fizyczny. Ollie strzelał do mnie i Jimmy'ego z pistoletu na kulki i tym podobne, a młoda zazwyczaj doprowadzała do szału neutralną postawą, stoickim spokojem i paroma innymi sztuczkami. Ciekawe zjawisko, bo ja nie byłam takim wariatem w dzieciństwie. Mali sadyści. Gdy się dobierali to byli niczym podwójne combo obrażeń.
            - Zaraz przyjdę - odparłam niezbyt zadowolona z jej obecności i nowiny, jaką przyniosła i z powrotem zwróciłam się w stronę komputera, aby chociaż dokończyć rozpoczęte zdanie, jednak moje skupienie odeszło w siną dal, kiedy zorientowałam się, że drzwi od mojego pokoju wcale się nie zamknęły, co oznaczało, że Lucy wciąż w nich stała. Odwróciłam się do niej, a ta jak posąg ślęczała z łapą na klamce i się na mnie gapiła. Bez słowa. Prawie minutę. Próbowałam ją przegonić, tudzież dać jej do zrozumienia, że ma się ulotnić poprzez uniesienie brwi i przybranie dość wymownej miny, na co w ogóle nie reagowała. Była aż tak upośledzona, czy zepsuł jej się wzrok? Ta scena była dość osobliwa, zresztą jak cała moja rodzina, a potwierdzało to dziwaczne zachowanie mojej kuzynki.
            - Idź już sobie. - Machnęłam dwa razy ręką i posłałam jej sugestywne spojrzenie, dopiero wtedy zniknęła w milczeniu, naturalnie drzwi zostawiając otwarte na oścież, co doprowadziło mnie do wydania z siebie jęku, a może raczej ryknięcia powstałego z mieszanki irytacji i... irytacji. Dokończyłam akapit na odwal, tylko po to aby nie zapomnieć co chciałam w nim zawrzeć. Skleiłam kilka prostych, słabo brzmiących zdań, które później miałam zamiar rozbudować i dopracować, po czym opieszale podniosłam się z krzesła i mozolnym krokiem ruszyłam przed siebie, po drodze wykonując jakieś modły i odprawiając rytuały, coś na podobę budowania wokół siebie niewidzialnej, aczkolwiek nad wyraz mocnej powłoki, która miała mnie obronić przed atakami ogrów i innych stworzeń czyhających na mnie na parterze, a także pomóc mi przetrwać interakcje, w jakie prawdopodobnie będę zmuszona się z nimi wdać.
            Im dalej zabrnęłam, tym hałas stawał się silniejszy, a kiedy zbliżyłam się do szczytu schodów dotarł do mnie drażniący głos ciotki Dorothy. Ona nie mówiła. Ona skrzeczała. Mimochodem skrzywiłam się i odetchnęłam głęboko, doskonale wiedząc co czeka mnie za raptem kilkanaście sekund. Starałam się stawiać kroki zarówno cicho, jak i w miarę szybko, żeby nie zwrócić na siebie zbędnej uwagi, pomóc mamie i czym prędzej wrócić do swojego pokoju, niestety los zaplanował dla mnie inny bieg wydarzeń. Gdy byłam już prawie że na samym końcu, z salonu wyłoniła się ciotka Dorothy, rzecz jasna od razu mnie zauważając.
            - Ach, Anna*! Gdzie masz swój sweter? - zagadnęła zniesmaczona, oplatając mnie swoim masywnym ramieniem, a jedyne co pojawiło się na mojej twarzy to bezsilność i zrezygnowanie, czyli to, co zwykle w takiej sytuacji. Ta kobieta chyba nigdy nie zrozumie, że Anna i Nancy to dwa różne imiona.
            - Mam na imię Nancy, ciociu, a sweter w praniu. - Rozpoczęłam tradycyjną reprymendą odnośnie poprawności mojego imienia, zaś zakończyłam małym kłamstewkiem. Te całe swetry świąteczne nie dość, że były już trochę przymałe, to okrutnie gryzły i podczas noszenia ich nie było minuty bez szaleńczego drapania się po niemalże całym ciele.
            - Tak nie może być. - Pokręciła głową z dezaprobatą, zaciskając przy tym swoje malutkie usteczka, przez co jej pulchne policzki nadęły się jeszcze bardziej i wyglądała, jakby próbowała pobić rekord świata we wstrzymywaniu oddechu. - Powiem Jimmy'emu, żeby dał ci jakiś swój – kontynuowała z wielką ulgą, a zarazem dumna z tego, jak szybko udało jej się odnaleźć rozwiązanie dla tego ciężkiego problemu.
            - Dziękuję, byłoby miło z jego strony – odparłam z nadzieją, że jeśli przystanę na jej propozycję to wypuści mnie ze swych objęć wcześniej, tymczasem ratunek nadszedł całkowicie niespodziewanie i powiedziałabym, że nawet nim się obejrzałam.
            - O! Tu jesteś Nancy, chodź, pomóż mi – powiedziała mama na jednym wdechu, wciskając mi do rąk blachę pełną gotowych do pieczenia babeczek. Nie protestując, złapałam ją w akcie wdzięczności za oswobodzenie mnie z rąk drugiej najbardziej niebezpiecznej osoby w rodzinie. Co jak co, ale najwyższe miejsce na podium zajmował osobnik płci męskiej. - Włóż to do piekarnika – poinstruowała mnie Fiona, a sama zabrała się za sprzątnięcie blatu kuchennego.
             - Przypomnij mi czemu te świry przyjeżdżają DO NAS co roku? - spytałam ironicznie, podkreślając część zdania mówiącą o tym do kogo ZAWSZE zwalają się Frittonowie, jednocześnie wykonując polecone mi zadanie. Mama jak oparzona odwróciła się w moją stronę i aż zaparło jej dech w piersiach. Pewnie bała się, że ktoś to słyszał, ale nie było raczej takiej możliwości, ponieważ wszyscy kręcili się wówczas po salonie.
            - Nancy! - skarciła mnie prawie tak dobitnie, jak przy stole podczas pamiętnego obiadu u Anne. - To nasza rodzina! - dodała, jakby był to najbardziej niepodważalny argument w historii ludzkości.
            - I czasem mnie to martwi – mruknęłam, po części naprawdę tak sądząc, po części drocząc się z nią, do czego podkusiła mnie jej zabawna mina, mówiąca wiele rzeczy naraz. Między innymi to, że bała się, że w istocie ktoś mógł nas podsłuchać, a zarazem miała nadzieję, że tak nie było. Widniało tam także zdegustowanie pod tytułem „Jak mogłaś coś takiego powiedzieć, Nance?”, ale gdzieś tam dostrzegłam też niewielką nutkę zrozumienia i zastanowienia, czy może przypadkiem nie miałam racji? Może oni serio byli dziwni? Szczególnie Greg. I Ollie. I Lucy. I ciotka Dorothy. I Jimmy. Wszyscy, ale ta piątka szczególnie.
            - Pamiętaj, że jesteś takim samym Frittonem, jak oni.
            Nie odpowiedziałam nic. Zmarszczyłam tylko brwi i jak to na mnie przystało rozpoczęłam na tyle dogłębną analizę, na ile pozwoliła mi na to chwila.
            I tym oto akcentem Fiona dała mi do zrozumienia, że faktycznie byłam takim samym Frittonem, jak ta cała zgraja indywiduów, z tym że w przeciwieństwie do nich starałam się panować nad naszymi defektami w miarę swoich możliwości. Ale... Tak, byłam Frittonem z krwi i kości, a my nie dajemy sobie w kaszę dmuchać. Nigdy.

The Hesitate | h. s. ZAWIESZONEWhere stories live. Discover now