część 67

242 31 12
                                    

          – Po co? Co on może nam zrobić? – Nie czuła już szczególnego zagrożenia ze strony Alexa.

          – W zasadzie nie jest tak niebezpieczny jak dziesiątki wampirów – stwierdził Gert.

          – Niczego stąd nie wyniósł. Niczego, czego one by nie wiedziały. Obawiałam się raczej tego, że mógłby zaszkodzić nam później. Nie wiemy, dla kogo tak naprawdę pracuje, a jest inteligentny. Przebywanie z kimś takim to zawsze ryzyko. Szczególnie dla ciebie.

          – Szpieg powinien być inteligentny – zaznaczył.

          – Właśnie. Nie zakładam, że po to się tu zjawił, ale chciał dużo wiedzieć. I jest jeszcze jedna kwestia. Według niego wampiry się nie męczą, mogą biec bez przerwy. Wcześniej o tym nie słyszałam, ale to prawdopodobne.

          Mężczyzna pokręcił głową z niezadowoleniem.

          – Nie powinniśmy zatrzymywać się w nocy. – Rozejrzał się. – Muszę zapamiętać to miejsce. Świetnie mi się tutaj spało – powiedział, wstając. – Wygodne kamienie, przyjemnie łaskoczące robaki... Jedziesz ze mną? Znów mogłabyś się zdrzemnąć.

          – Nie. Będziemy musieli przyspieszyć.


          – Dziękuję. Ubranie pasuje. – Estela uśmiechnęła się do czarodziejki, gdy ta do niej podeszła.

          – Schowam szaty do swojej torby - zaproponowała Veronika, uznając, że w pewnych okolicznościach mogą okazać się użyteczne.

          – To nie będzie konieczne. Nie mam też koca. Może się przydadzą.

          – Chyba szkoda ich na to – zauważyła – ale jak chcesz...

          – Może masz rację. Powinien je nosić sługa Morra – przyznała Estalijka. – Chyba wciąż nie mogę dojść do siebie. W ogóle nie powinnam ich przyjmować. – Z szacunkiem złożyła szaty kapłańskie i podała je kobiecie.


          – Ona jest nienormalna – Veronika wyszeptała do narzeczonego, gdy ruszali na południe. – Chyba ma zasady.

          – To jej powinniśmy się obawiać – stwierdził, a jego ton świadczył o tym, że mówił zupełnie poważnie.

          – W razie czego pozbędziemy się jej. Zresztą i tak nie wykluczam, że to będzie konieczne. Gdyby wampir miał ją porwać, nie byłoby wyjścia.

          Gert pokiwał głową ze zrozumieniem.


          – Nareszcie... – powiedział, gdy zaczęło świtać. – Dalej nie jadę.

          – Powinniśmy jeszcze trochę wytrzymać – zasugerowała Veronika, starając się ignorować doskwierające zmęczenie.

          – A co dalej? – zapytał ją narzeczony.

          – Jak to co? Zdrzemniemy się i ruszamy.

          – Ale ja nie o tym. – Pokręcił głową. – Jeśli dziś przyłączyło się do nich dziesięć... Nam nie przybywa ludzi, a ich z każdą nocą będzie coraz więcej. Może powinniśmy pozastawiać jakieś pułapki. W dzień mamy czas.

          – Musimy się oddalać. Jeśli się zatrzymamy, rozniosą nas. Nie mamy czasu na pułapki – stwierdziła czarodziejka.

          – Potrzebujemy planu „B" – upierał się Gert, ale żadne z nich nie było w stanie wymyślić niczego sensownego.


          – Moglibyśmy zrobić pętlę albo przynajmniej ostro odbić w bok i przepuścić je, a potem ruszyć na spotkanie Ediemu – odezwał się w końcu, wyrywając narzeczoną z zadumy.

          – To jest dobry pomysł – przyznała – tylko trzeba to zrobić w odpowiednim momencie.

          – O zmierzchu, gdy nie będzie nas widać. – Nieco się ożywił.

          – A jeśli czytają ślady?

          – Trzeba im dać coś do czytania. Jak to zrobić? Dziewczynę powinniśmy zabrać ze sobą... Jose też – głośno myślał.

          – Musimy trzymać się razem, żeby nie osłabiać grupy. Istnieje prawdopodobieństwo, że się na to nie nabiorą. Poczekajmy z tym do spotkania z najemnikami Ediego. Muszą być gdzieś niedaleko. Zjedźmy z drogi w miejscu, gdzie będzie woda albo chociaż gęsty las. Spróbujemy zatrzeć ślady – powiedziała.

          – Pewnie nie będą zakładać, że skręcimy. Mogą myśleć, że jedziemy do Estalii odwieźć dziewczynę... Trzeba to dobrze zaplanować. Można na przykład posłać kogoś dalej z kilkoma końmi. Zrobiłyby odpowiednie ślady. To zwiększyłoby nasze szanse...

          – Przede wszystkim musimy się przespać i dogonić najemników Ediego – stwierdziła, przerywając mu.

          – A możemy już się zatrzymać? – zapytał.

          – Tak. Zarządź postój.

          – Uwaga! – Odwrócił się do pozostałych. – Zarządzam postój! Nie wiem, jak się wydaje takie polecenie. – Spojrzał na narzeczoną.

          Veronika pokręciła głową z rozbawieniem.

          – Zatrzymujemy się, żeby trochę odpocząć – powiedziała, po czym wszyscy stanęli i bez zwłoki pozsiadali z wierzchowców.

          Natychmiast zabrali się za przygotowywanie miejsca na obóz.


          – Od razu mi lepiej, jak sobie pogadaliśmy. Teraz to ma sens – przyznał Gert, gdy z narzeczoną rozkładali na trawie koce. – Mogę go załatwić. Zakraść się do jego trumny, wślizgnąć do środka i wbić mu kołek.

          – Już raz mu się wślizgnąłeś do trumny.

          – Ale go tam nie było.

          Oboje się roześmiali.

          – A co z jego sztuczkami? – zapytał zupełnie poważnie. – Przecież on nam znowu zwieje.

          – To możliwe, dlatego musimy go zaskoczyć. Możemy o tym porozmawiać kiedy indziej?

          – Powinniśmy zweryfikować plan – zauważył.

          – Dobrze, więc ty weryfikuj, a ja idę spać – powiedziała. – Niech pan wyznaczy warty – zwróciła się do dowódcy. – Jeśli ktokolwiek pojawi się na horyzoncie, proszę nas obudzić.

          Mężczyzna skinął głową.

          – Ruszamy w południe – dodała, zanim się położyła.


          Gert obudził narzeczoną o ustalonej porze. Wszystkim było ciężko wstawać. Byli naprawdę przemęczeni, jednak nie mogli sobie pozwolić na zasłużony odpoczynek. Śniadanie jedli w międzyczasie, zbierając swoje rzeczy i pakując je na konie. Większość krzątała się w milczeniu.

          Czarodziejka uporała się z tym szybko, więc w oczekiwaniu na pozostałych, sięgnęła po pamiętnik Dietmunda von Carsteina. Odeszła na bok, by nikt jej nie przeszkadzał.

Strażnicy cienia IIOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz