część 60

239 30 2
                                    

          Gdy ruszyli w stronę strażników, Jose przeszedł ze swoimi żądaniami do następnej chaty. Alex natomiast przejechał przez wieś, oglądając kolejne budynki. W pewnym momencie zniknął za jednym z nich.

          Pozostali czekali w gotowości na rozwój sytuacji.

          – Jestem czarodziejem z Kolegium Płomienia! Jeśli się czegoś obawiacie, ja mogę wam pomóc! – przemawiał Estalijczyk.

          – Z tego wszystkiego, czego się obawiają, chyba najbardziej obawiają się magów – przypomniała mu Veronika.

          – Bardziej niż wampirów? – zapytał zaskoczony.

          – Niewykluczone. Teraz pewnie barykadują drzwi. – Roześmiała się, widząc bezradność na twarzy mężczyzny. – Chociaż może to odniesie skutek...

          – Jaki? – zainteresował się.

          – Będą uciekać oknami od tyłu.

          Jose spojrzał na chałupę, przed którą stał.

          – Żartujesz? – upewnił się.

          – Trochę – przyznała. – Ale to był kiepski argument, jeśli chciałeś ich przekonać do rozmowy.

          – Wkrótce wyjeżdżamy! – kontynuował Jose. – Musicie wiedzieć, że w Nuln grasują wampiry i może wam grozić niebezpieczeństwo! Jako lojalni słudzy Imperatora i prawi obywatele ostrzegamy was! Daję słowo, że nie spotka was z naszej strony żadna krzywda!

          – Nie sądzę, by tu były wampiry – powiedział Alex, zatrzymując się przy Veronice.

          – A co ciekawego widziałeś? – zapytała.

          – Właśnie nic. Zwierzęta pozamykane, brak śladów walki, żadna chata nie spłonęła, nie ma krwi. Myślę, że po prostu obawiają się zmierzchu.

          Czarodziejka spojrzała w stronę narzeczonego, który akurat rozmawiał z jednym ze strażników.

          – To, że się pozamykali, w niczym im nie pomoże – stwierdziła Estela. – Przyjadą w nocy i spalą im domy. Wieśniacy, tak jak wspomniałaś, będą umykać przez okna i zginą.

          – To prawdopodobne – przyznała Veronika.

          – Albo spłoną... – ciągnęła Estalijka, podjeżdżając bliżej do swojej rozmówczyni. – Nie możemy tak ich tu zostawić – przeszła do sedna.

          – A co według ciebie powinniśmy zrobić? – zapytała czarodziejka, choć nie miała zamiaru zmieniać planów.

          – Moglibyśmy tutaj przygotować się na spotkanie z nimi. Po drodze z pewnością jest więcej takich wiosek, a ci ludzie zginą, jeśli wampiry będą tędy przejeżdżać. Nie powinni zamykać się w domach, tylko schronić się za palisadą.

          – To nie są moi podwładni i nie mam na to wpływu – powiedziała Veronika. – Jeśli masz takie zdanie na ten temat i uważasz, że ktoś powinien cię wysłuchać, to jest z pewnością tam. – Skinęła w stronę pałacyku.

          Estela od razu ruszyła we wskazanym kierunku.

          – Zaczekaj! – krzyknął Jose za swoją rodaczką. – Dokąd jedziesz?!

          – Ktoś musi zadbać o bezpieczeństwo tych ludzi! Bez nas zginą w swoich domach!  – odpowiedziała, nie zwalniając.

          – To nam się bohaterka trafiła – mruknął Alex. – Skąd wy ją wzięliście? – zwrócił się do czarodziejki.

          – Z Estalii – odparła, obserwując dziewczynę, do której dołączył Jose.

          – A po co ją tutaj przywieźliście?

          – Mówiłam ci, że to jego znajoma.


          Gdy strażnicy otworzyli bramę, Gert zawołał narzeczoną.

          – Dołączcie do niego i przekażcie, że spotkamy się na drodze – poleciła ochroniarzom.

          Jedynie Alex i Gottri towarzyszyli jej, gdy zawróciła, kierując się w stronę traktu wiodącego na południe. Nie miała ochoty na kolację w pałacyku. Z pewnością tutejszy władca zadawałby wiele pytań. Poza tym zależało jej na tym, by nie była kojarzona ze sprawą wampirów.


          – Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony Gert, zrównując się z nią po chwili.

          – Zaczekamy przy drodze. Załatw wszystko jak należy – poprosiła.

          – Nie musisz wchodzić do środka. Możesz zostać z nimi. – Skinął w stronę najemników. – Odpoczniemy, zjemy, zajmą się końmi – przekonywał.

          – Nie mam ochoty.

          – Teraz żałuję, że w ogóle tam pojechałem – wyznał. – Nie podoba mi się to.

          – Do zobaczenia. Potem porozmawiamy – zakończyła temat i przyspieszyła.


          – Ja też nie przepadam za wielkimi salonami – odezwał się po jakimś czasie krasnolud. – Lepsze towarzystwo obdartej drużyny niż jakiegoś nadętego barona... Dlaczego właściwie nie zostaliśmy w tej wsi na noc? – zapytał.

          – Bo tam mogą się zjawić wampiry – wyjaśniła czarodziejka.

          – Nie chcemy ich wywlec na światło? Pozwolimy, żeby nas wyręczyli?

          – Niech wyręczają, jeśli dadzą radę.

          – Myślałem, że masz na pieńku z wampirami. – Popatrzył na nią, licząc na jakieś wyjaśnienie.

          – Nie lubię wampirów, dzisiaj zrobiły mi krzywdę, ale żeby zaraz wywlekać je osobiście na światło... Niekoniecznie mam na to ochotę.

          – Więc uciekamy? – upewnił się Gottri.

          – Gdyby zależało ci na walce z nimi, chyba nie opuściłbyś miasta – zauważyła Veronika.

          – Tam akurat jest dość wojska, by się z nimi tłuc – stwierdził.

          – Chyba sobie nie radzą. – Zerknęła na niego.

          – Niestety nie miałem pomysłu jak to zmienić. Wyjechałem, bo chronię kogoś, kto ma na pieńku z wampirami. Tak przynajmniej sądziłem – tłumaczył. – Uważam, że trzeba im stawić czoła.

          – Kiepski z ciebie ochroniarz – skrytykował go Alex. – Przede wszystkim powinieneś myśleć o tym, by zapewnić bezpieczeństwo swojemu chlebodawcy.

          – Niby racja – przyznał krasnolud. – Więc powinienem sugerować, byśmy odjechali jak najdalej?

          Kobieta twierdząco skinęła głową.

          – Ale to ty podejmujesz decyzje? – kontynuował, zwracając się do niej.

          – Gert – odparła.

          – Więc, żeby było jak należy, on powinien zdecydować, że tu zostajemy wbrew temu, co ja bym sugerował? Tak by było właściwie...


Strażnicy cienia IIOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz