Prolog

4 0 0
                                        


Plac Wyzwoleńców Północy pękał w szwach. Było to bez wątpienia najbardziej przestronne i pedantycznie zadbane miejsce w całym Mieście pod Skórą. Pokrywały je jasnoszare, marmurowe płyty – tak monumentalne, jakby wyszły spod ręki olbrzymów, a nie ludzi. Pomiędzy nimi wygospodarowano przestrzeń na idealnie płaskie, sterylnie zielone trawniki.

„Jak diabli" – pomyślał młody Najemnik, omiatając wzrokiem tłum. – „Jak diabli to wszystko podejrzane".

Nie bez powodu wybrano właśnie ten plac na prezentację przełomowego środka transportu. Dziś, choć wyłącznie na użytek stacjonarny, potężna Gondoliera miała unieść się w powietrze. Trzymały ją w ryzach linie nośne, podnośniki Daigera oraz obrotowy konwerter, który już od miesięcy rozpalał wyobraźnię inżynierów z powodu skomplikowanych, kołowych ruchów, jakie wykonywał. Najemnik musiał w duchu przyznać im rację. Od tej wirującej, potężnej maszynerii nie dało się oderwać wzroku.

Ogromne wrażenie widowisko to robiło również na całej ferajnie zgromadzonej tu Starej Szlachty. Ci ludzie na co dzień dumnie twierdzili, że w swoim luksusowym życiu widzieli już absolutnie wszystko. Tymczasem teraz, ograniczeni własnym, prymitywnym pojęciem o technologii, nie potrafili objąć tego cudu umysłem. Nadawali unoszącej się maszynie rangę boską.

Albo uznawali ją za przekleństwo sprowadzone przez Alchemików, którzy sami nie wiedzą, jakie siły właśnie obudzili.

Na młodym Najemniku niewiele rzeczy potrafiło zrobić wrażenie. Wcale nie dlatego, że jak na swój wiek widział zbyt dużo. W jego wnętrzu zapuściła już korzenie specyficzna, młodzieńcza marudność wywołana przedwczesnym wydorośleniem. To przypadłość, która rodzi się w młodych umysłach zmuszonych zbyt szybko dźwigać ciężar świata. Stają się wtedy zgorzkniali i starzy przed czasem.

Człowiek do bólu stary posiada przynajmniej zbawienny dystans i tę zdrową, całkowitą obojętność wobec świata. Najemnik był natomiast przypadkiem granicznym: człowiekiem, który nawet rozbawiony dusił w sobie wszelki śmiech, płakał bez łez, a gniewał się bez najmniejszego drgnięcia na twarzy.

A do tego ubolewał nad własnym losem tak głęboko, że nikt nie byłby w stanie tego odgadnąć. Nawet on sam przed sobą nigdy by się do tego nie przyznał.

– Nuda, co? – zadudnił za jego plecami jakiś grubiański głos, po czym zarechotał

– Godne podziwu, nawet w tym Mieście – odrzekł chłodno, bez cienia uznania

– ...I w tych czasach – dopowiedział nieznajomy – Nie sądzi pan jednak, że to przejaw jakiejś chorobliwej gigantomanii? Zbyteczne to, monstrualne, a kto wie, czy w ogóle bezpieczne. Rzecz jasna, mój niewielki umysł nie powinien zanadto trywializować wielkich osiągnięć nauki.

– Nie powinien. I nie uważam, żeby miało to coś wspólnego z gigantomanią – tu Najemnik ściszył głos – Drogi magnacie.

Tłuścioch aż drgnął, a na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.

– Ach! A więc podszedłem do właściwej osoby.

– W rzeczy samej.

– Widzi pan – kontynuował magnat, wyraźnie zachęcony. – Kultura i nauka mogą, a nawet powinny iść ze sobą w parze. Ale jeśli nauka staje się ostentacyjnie niekulturalna, zostaje zaburzony porządek dobrego smaku. To właśnie mam na myśli, mówiąc o gigantomanii w tym przypadku.

– Nie rozumiem – odparł znudzony.

– "To to" – wskazał oczami w górę, na lewitującego kolosa. – Unosi się nad naszymi głowami zupełnie bez celu. Ot, pokazówa. Nadmierny, wielotonowy rozmach ustrojstwa zawieszonego nad głowami setek ludzi. Zresztą... – Szlachcic dostrzegł wreszcie głębokie znużenie malujące się na twarzy rozmówcy. – Zostawmy to. My, magnaci, zawsze lubimy gadać po próżnicy. To nas chociaż na chwilę odstręcza od naszych nudnych obowiązków. Od tych wszystkich trudów codziennego liczenia i duszenia każdego grosza.

SuchodylceDonde viven las historias. Descúbrelo ahora