Jaskółko, gdy złamią ci skrzydła,
nie myśl, że skończył się lot.
Gdy noc zarzuci na ciebie swe sidła,
i przeszyje twą pierś jak zdradziecki grot,
choćbyś została z krwawiącym sercem,
bez tożsamości i imienia,
pamiętaj, dom nie zawsze bywa miejscem,
czasem jest głosem pośród milczenia.
Bo nie każda bestia przychodzi, by ranić,
nie każda ciemność oznacza stracenie.
Czasem to potwór potrafi ocalić,
gdy człowiek przynosi jedynie cierpienie.
__________________________________
[wrzesień 2004 ]
Zawsze zastanawiała się, w którym dokładnie momencie człowiek przestaje należeć do miejsca, z którego przyszedł i czy da się to poczuć od razu, czy dopiero wtedy, gdy budzi się w obcym pokoju i rozumie, że nawet własne imię nie brzmi już jak dom.
Jak to jest zniknąć naprawdę? Nie tyle odejść, ile rozpłynąć w powietrzu tak skutecznie, by nawet własne odbicie nie miało już pewności, kogo pokazuje.
Odpowiedź wracała każdego dnia.
Wrzaski mew, duszne światło portowego poranka, obca twarz i imię, które przyjęła wyłącznie dlatego, że swojego nie wolno było jej używać.
Przez uchylone okno wpadał zapach morza, rybich wnętrzności, dymu tytoniowego i taniego rumu. Podłoga skrzypiała przy każdym ruchu, jakby nawet ona protestowała przeciwko istnieniu tego miejsca.
Przetarła dłonią po lepkiej od potu skórze na karku i zbliżyła do krzywo zawieszonego lustra. Spojrzała w nie z nieufnością, która nie przyszła po urazie, lecz po zbyt wielu dniach życia w strachu. Nieznajoma kobieta patrzyła na nią z chłodnym spokojem. Miała ciemne włosy, przycięte na wysokości brody, wystrzępioną grzywkę opadającą na niebieskie, zbyt jasne oczy, smukłą twarz, ostre rysy i zapadnięte policzki. Rozchyliła nabrzmiałe i zaczerwienione usta, pozwalając by opuściło je ledwie słyszalne westchnienie. Cichy odgłos dobiegający z łóżka za plecami nie zdołał oderwać jej wzroku od lustra. Spojrzała niżej na cienką, jasną linię, biegnącą przez skórę w miejscu, którego nie potrafiła dotknąć bez wspomnienia bólu. Ironio, ze wszystkiego co miała, tylko blizna na mostku pozostała prawdziwa.
Zamrugała, przywołując umysł do rzeczywistości, po czym dopięła górę czarnego stroju, który ciasno oplótł szczupłe ciało, idealnie uwydatniając każdy jego fragment. Naciągnęła kaptur na głowę, ukrywając twarz i widoczne na niej napięcie.
Sięgnęła po nóż leżący na stoliku i wsunęła go do wąskiej kabury przy biodrze. Wychodząc, spojrzała przez ramię w stronę łóżka, na którym wymięte prześcieradło ledwie okrywało nagie, męskie ciało. Następnie zeszła bocznymi schodami, omijając główną salę tawerny. Drewno uginało się pod jej ciężarem, lecz stawiała kroki ostrożnie, wybierając miejsca, które skrzypiały najmniej. Przemknęła jak cień, ignorując zapach stęchlizny i ludzi, którzy nie mieli dokąd wracać. Nie patrzyła w ich stronę, a oni nie zwracali uwagi na kolejną zakapturzoną sylwetkę przeciskającą się ku wyjściu.
W tym miejscu nikogo nie interesowała cudza przeszłość, jeśli czynsz za pokój był płacony na czas.
Port tonął w świetle przedpołudniowego słońca. Łańcuchy uderzały o burty i nabrzeże, gdzieś dalej ktoś głośno przeklął po hiszpańsku. Szła szybko z głową spuszczoną na tyle, by nie prowokować spojrzeń, ale dostatecznie wysoko, by nie wyglądać na ofiarę. Przemykała wąskimi uliczkami, kryjąc się w cieniu i unikając ciekawskich spojrzeń.
YOU ARE READING
The Swallow's Dirge
FanfictionKiedy w Świętym Mungu pojawiają się dzieci, których organizmy zaczynają odrzucać magię, Ministerstwo próbuje nazwać to anomalią medyczną, zamknąć w aktach i uciszyć, zanim sprawa wymknie się spod kontroli. Z czasem okazuje się, że to, co wygląda na...
