Rozdział 1

444 9 1
                                        

Jeśli ktoś zapyta was kto wstaje z samego rana w wakacje i to jeszcze z własnej woli, w odpowiedzi możecie podać moje imię które brzmi: Lloyd.

Budzę się parę minut wcześniej przed nastawionym minionego wieczoru budzikiem, dzięki czemu mój organizm zyskuje czas aby załączyć wszystkie niezbędne funkcje życiowe zanim jeszcze podniosę się z łóżka. Leżę sobie tak próbując w jakiś sposób odgrodzić się od padających na moją twarz promieni słońca. Zgodzę się przyznać że umiejscowienie swojego miejsca do spania centralnie naprzeciwko okna pozbawionego rolet nie należało do moich najlepszych pomysłów. Po upływie tego krótkiego czasu budzik z telefonu daje osobie znać. Podnoszę się zatem do pozycji siedzącej, szybkim ruchem wyciszam urządzenie a następnie bez cienia wątpliwości czynie zostać pod pierzynką jeszcze na parę sekund pochodzę do szafy. Wysuwam najwyższą z półek, chwytam w rękę pierwsze z brzegu szorty, aby już po chwili w ten sam sposób wybrać górną część ubioru. Szybkim krokiem czmycham do znajdującej się nieopodal łazienki, szczotkuję zęby, poprawiam swoje jasne włosy, wskakuje w przygotowane ubrania którymi okazują się być zwykłe jeansowe bermudy i zielona koszulka. Po opuszczeniu łazienki udaje się bezpośrednio do kuchni w której znajduję nikogo innego jak własną rodzicielkę. Witam ją szerokim uśmiechem, siadam przy wysokim blacie i zaczynam przypatrywać się jak wyciąga kolejne grzanki z opiekacza.

- Wyspałeś się?

W odpowiedzi przechylam głowę w stronę ramienia, co sądząc po reakcji mamy interpretuje bezbłędnie. Następnie kobieta podsuwa mi pod nos talerz z ciepłym pieczywem, siada naprzeciwko mnie i zabiera się za jedzenie. Podczas posiłku wymieniamy zaledwie parę zdań, a to z racji tego że mama nie zaliczała się do rannych ptaszków i aby porozmawiać z nią o czymś sensowniejszym trzeba (przynajmniej w dni wolne) poczekać do co najmniej dziewiątej aż się rozbudzi. W międzyczasie zauważam, że nie rozebrała się z piżamy co jest jednoznaczne z tym że zamierza jeszcze na jakiś czas powrócić do łóżka. Po zjedzonym śniadaniu pomagam posprzątać, od stawiając brudne talerze do zmywarki a te na których pozostało jeszcze jakiś jedzenie do lodówki. Kiedy okazuje się że posilenie się zajęło mi nieco więcej czasu niż zakładałem udaję się do swojego pokoju. Zaglądam do środka przez uchylone drzwi, zabieram z nocnego stolika telefon, który następnie wpakowuje do kieszeni spodni. Po szybkim zastanowieniu czy nie potrzebuję czegoś jeszcze opuszczam pomieszczenie. Zatrzymuje się ponownie dopiero na wycieraczce tuż przed wyjściowymi drzwiami i zaczynam wciskać na nogi zielonkawe trampki. Są już na mnie lekko przymałe ale tak bardzo je lubię że nie potrafię się ich pozbyć.

- Dawno się z nimi nie wiedziałeś, nie? - Zagaja mnie jeszcze przed wyjściem mama opierając się o zagłówek kanapy.

- Z nimi w sumie nie tak dawno bo na ostatnim treningu...ale muszę odwiedzić Cole'a...przez te głupie egzaminy końcowe nie mogłem się z nim zobaczyć przez dwa tygodnie! Dlatego dzisiaj zamierzam nadrobić ten czas...bo wiesz...- Zaczynam tłumaczyć, jedną ręką dyskretnie wpakowując sobie do tylnej kieszeni leżące na komodzie bezprzewodowe słuchawki. - więc mogę wrócić później...znając życie Kai znowu będzie chciał zabrać mnie na lody czy inne gofry, dlatego nie spodziewaj się mnie wcześniej niż szesnasta...

- Wszystko zrozumiałe oficerze...pozdrów wszystkich ode mnie i życz dużo zdrowia! - Dodaje po chwili mama zaczynając kierować się w stronę swojej sypialni.

- Się robi!

Salutuje jej na pożegnanie po czym wychodzę z mieszkania. Omijam windę za którą szczególnie nie przepadam i przemieszczam się na niższe piętra po skąpanej w porannym słońcu klatce schodowej. Tuż po wyjściu z budynku zganiam sam siebie za to że po raz kolejny zapomniałem okularów przeciw słonecznych. Przemykam szybko przez niemal pusty parking, w nieco nielegalny sposób przemieszczam się na drugą stronę jezdni i kieruje się bezpośrednio na pobliski przystanek. Jednym z nielicznych plusów mieszkania w dużym mieście jest fakt że przystanki dla wszelakiego transportu publicznego mieszczą się tutaj niemal na co drugiej ulicy. Dlatego też już po niespełna dziesięciu minutach zatrzymuje się pod wiata jednego z nich. I mimo tego że znam rozkład jazdy autobusu linii numer dwanaście na pamięć tuż po przybyciu na miejsce zawieszam swój wzrok na żółtej kartce z godzinami odjazdów. I również tylko dla zaspokojenia swojej dziwacznej wewnętrznej potrzeby zerkam na ekran telefonu aby sprawdzić pozostały mi czas. Do przyjazdu pozostało niecałe siedem minut (wcale nie wiedziałem tego od samego początku). Po upływie planowanego czasu na pobliskim horyzoncie pojawia się mój autobus, a zaledwie parędziesiąt sekund później znajduję się w jego wnętrzu. Zaraz po wejściu, małym skanerem skanuje swój bilet mieszczący się na tapecie mojego telefonu (co swoją drogą dla ludzi którzy korzystają z miejskich środków transportu tak często jak ja i nie mają swojej drugiej połówki której zdjęcie mogli by ustawić na wyświetlaczu jest bardzo wygodne) rozglądam się w poszukiwaniu wolnego miejsca. Udaje znaleźć mi się je bez problemu. W momencie kiedy tylko autobus rusza a do moich uszu docierają rozmowy siedzących parę metrów za mną dwóch dziewczyn, wyciągam z kieszeni słuchawki i wciskam je sobie do uszu. Podczas postoju na trzecim z kolei przystanku przypomina mi się aby prześledzić plan podróży który widnieje na małej tabliczce z przodu pojazdu, żeby mieć pewność że wsiadłem do odpowiedniego autobusu. Nie mam pojęcia czy jest w ogóle możliwość wejścia do nieodpowiedniego ale mimo to mój umysł który ma w sobie trochę z panikarza chce się przed tym uchronić. Jedną ze stacji ma być ta na ulicy Szpitalnej czyli dokładnie ta do której zmierzam. I tak nazwa ulicy wcale nie jest przypadkowa, jadę do szpitala. Być może wydawać się to nieco dziwne jak na miejsce spotkania z przyjaciółmi, ale ja wcale nie idę się z nimi spotkać. Znaczy idę ale w nieco specyficznych okolicznościach. Od kilku tygodni całą piątką w wolnych chwilach spotykamy się pod szpitalem, aby następnie do niego wejść i odwiedzić przebywającego tam Cole'a. Jest on jednym z naszej elitarnej grupki przyjaciół, jednak przez jakieś wady genetyczne tak ja jego własna matka zachorował na jakieś nieuleczalne cholerstwo (mam na myśli raka), leży od niemal półtora miesiąca w szpitalu i lekarze są w stanie jedynie podać oszacowany czas jaki pozostał mu na tym świecie. Dlatego staramy się z nim spotykać kiedy tylko mamy czas i oczywiście kiedy on sam ma na to siły, bo jak wiadomo podczas tego typu choroby ma się te lepsze i gorsze dni. Z samego początku zdarzało się że wpadaliśmy do niego pojedynczo, ale żadnemu z nas nie wychodziło to na dobre, tak też od tamtej pory odwiedzamy go teraz całą ekipą na raz. Po za tym w grupie zawsze jest raźniej.

The ColorsStories to obsess over. Discover now