Rozdział 1

96 10 15
                                        

Słońce wschodziło leniwie, jakby samo nie chciało patrzeć na to, co zostało z nocy. Blade, rozmyte światło ledwo przebijało się przez gęstą, srebrzystą mgłę, która wisiała nad lasem jak brudna, wilgotna szmata. Powietrze śmierdziało zgniłymi jagodami, mokrym mchem i czymś jeszcze - czymś starym, chorym, co powoli gnije pod korą drzew.

Avas szedł ścieżką, którą znał na pamięć. Każdy krok wywoływał cichy chlupot błota pod butami. Plecy bolały go od poprzedniego polowania, a w ustach wciąż czuł metaliczny posmak cudzej krwi. Fiołkowe oczy zmrużył, gdy mgła zgęstniała. Coś w tym lesie ostatnio śmierdziało inaczej. Nie potrafił jeszcze nazwać czym, ale instynkt łowcy nie dawał mu spokoju.

Dotarł do chaty. Drewniana, przysadzista buda stała na polanie jak stary, znużony pies. Avas zatrzymał się przed drzwiami. Na desce, przybita zardzewiałym gwoździem, wisiała kartka z papieru księżycowego. Litery wypalone srebrem były proste i bezwzględne:

Avas,

Placówka Północna. Przed zachodem słońca.

Żywiołak wody. Las Krwawej Wiązówki.

Nie pytaj. Nie zwlekaj.

Nie było żadnej pieczęci. Żadnego podpisu. Tylko te zimne, ostre słowa, wbite w papier księżycowy jak nóż w plecy.

Avas zmarszczył brwi. Zakon nigdy nie wysyłał zleceń w taki sposób - tak bezpośrednio, tak bezczelnie. Chyba że sprawa była naprawdę brudna.

Prychnął cicho, zgniatając pergamin w dłoni tak mocno, że papier zatrzeszczał. Westchnął ciężko, a ręka, która jeszcze niedawno pewnie trzymała rękojeść miecza, opadła bezwładnie wzdłuż ciała. Nawet najtwardszy wojownik ma swoje granice. On swoje przekraczał już od dawna.

- To sobie, kurwa, odpocząłem... - mruknął pod nosem, głos miał niski i chropowaty od zmęczenia.

Przez ostatnie tygodnie tropił mrocznego gryfa, który okazał się być bardziej upierdliwy niż groźny. Teraz ledwo zdążył wrócić, a już ktoś mu wpina nowe zlecenie. W świecie Zakonu Łowców odpoczynek nie był luksusem. Był mitem.

Westchnął jeszcze raz, głębiej, po czym uniósł dłoń. Powietrze przed nim zadrżało, a przestrzeń rozdarła się z cichym, znajomym trzaskiem - mała, pulsująca wyrwa o bladoniebieskich krawędziach. Pierścień na jego palcu - dar od Azela - zamigotał słabo. Avas sięgnął do środka i wyciągnął dwa owoce Galo. Skórka lśniła intensywną zielenią, żyłki pulsowały bladym światłem.

Przegryzł pierwszy. Magia rozlała się po żyłach gorącym, sztucznym prądem, odpychając zmęczenie. Wiedział, że to tylko pożyczka. Za kilka godzin przyjdzie spłata - ciężka, lodowata i bezlitosna.

Drugi owoc schował z powrotem. Jeszcze może się przydać.

Z wyrwy, niczym z brudnego skarbca, wyciągnął dwa owoce Galo. Były niewielkie, przypominające mieszankę agrestu i czereśni, a ich skórka lśniła intensywną zielenią, podczas gdy delikatne żyłki pulsowały bladym, niemal eterycznym światłem. Avas wiedział, że magia Galo to dar i przekleństwo jednocześnie - dawała energię na cały dzień, lecz gdy jej moc wygasała, wyczerpanie ogarniało ciało niczym lodowaty paraliż.

- To na razie wystarczy - powiedział cicho, przegryzając pierwszy owoc. Magia powoli wypełniała jego żyły, przywracając mu siły, choć każda jej kropla przypominała o nieuchronnych konsekwencjach. Przez chwilę wahał się nad drugim owocem, analizując jego potencjał i cenę, jaką musiałby zapłacić, gdyby magia zgasła. Ostatecznie schował go z powrotem do przestrzennego schowka i zamykając szczelinę jednym pewnym ruchem dłoni, przygotowywał się do dalszych obowiązków.

Kroniki Lirthadar - Nocny ŁowcaStories to obsess over. Discover now