I was stumbling

269 10 0
                                        

Siedział w kącie swojego tymczasowego pokoju, o ile w ogóle tak można było nazwać to miejsce. Białe ściany przytłaczały, a metalowa rama łóżka była obskurna i wyglądała bardziej jak w więzieniu. Pościel miała kolor szpitalnej zielonkowatości, wszystko pachniało lizolem, a jednak na swój popaprany sposób było tu przytulnie. Miał tu swój niebieski koc, który trochę go uspojakajał. W ogóle od zawsze uwielbiał ten kolor.

Obudził się w środku nocy. Koszmar wciąż go męczył. Pomimo upływu czasu nie dało się zapomnieć. Harry sam nie wiedział ile jeszcze wytrzyma. Czy to się kiedyś skończy, czy będzie w stanie normalnie funkcjonować? To nie tak, że nie chciał wrócić do mamy i siostry, do szkoły, przyjaciół. Chciał normalnego życia. Tylko, że to co się wydarzyło skrzywdziło chłopaka nie tylko fizycznie, ale też psychicznie i to bardziej. Był szmacianą lalką rzucaną z kąta w kąt bez prawa głosu. Oto kim był, wariatem zamkniętym w wariatkowie.

Chciał zacząć mówić. Za każdym razem kiedy próbował z Jego ust wychodził skrzeczący pisk. Nie potrafił składać słów w całość.

Pół roku. Tyle już trwała męka dziewiętnastolatka. W końcu Anne- Jego matka nie miała już siły na udawanie, że wszystko się ułoży. Nie wiedziała, że powrót do normalności jej jedynego synka będzie taki trudny. Dlatego z ciężkim sercem zadecydowała o umieszczeniu w tej placówce. Nie był to do końca psychiatryk. Był to ośrodek do leczenia traumatycznych przeżyć i był czymś nowym w Anglii. Nie chciała się wyzbyć problemu, to nie tak. Chciała spróbować wszystkiego, żeby pomóc Harry'emu wyjść na prostą. Żeby ich życie było w końcu czymś na miarę tego normalnego spokojnego istnienia. Nie chciała już siedzieć przy synu całymi nocami, kiedy męczyły go koszmary. Nie chciała więcej przeprowadzać się w inną część miasta, kiedy ludzie poznawali ich historię.

I tak oto, od pięciu dni, drobny lokowany brunet o przepięknych szmaragdowych oczach siedział zamknięty w swoich czterech ścianach. Miał dość, nie radził sobie, codziennie po dwie godziny siedział u terapeuty. I dzisiaj też miał nadejść ten dzień. Oczywiście kiedy wszyscy wstaną. On nie spał, a jeżeli w ogóle to około dwie godziny. Później zaczynał się Jego koszmar. Budził się trzęsąc ze strachu. Miał przepoconą koszulkę, a Jego oczy były zalane łzami. Chciał głośno krzyczeć, błagać o pomoc i w końcu o śmierć. Chował się w kąt, a oczami wyobraźni przenosił się w przeszłość. Tam był bezpieczny, jako dziecko nie miał trosk czy zmartwień. Siedział tak, dopóki słońce nie wschodziło i nie miał czym się zająć. Wszystko było jego winą i miał problemy z akceptacją siebie. Nie chciał spoglądać w lustro.

Pulchna pielęgniarka, Lora jak się dowiedział, przyniosła mu o ósmej trzydzieści śniadanie, na które składały się tym razem kanapki z wędliną, serem oraz ogórkiem. Liczył na okrojone wersje posiłków, i tu się mylił. Każdy dokładał starań, żeby jedzenie było przygotowane starannie i w pełni dostarczało odpowiednich składników odżywczych. Zjadł, tylko jedną z czterech kanapek, ale jednak. Chciał pokazać, ze będzie walczyć o swoje zdrowie.

*******
Około południa szedł do pokoju lekarza. Miał w tym czasie prowadzone sesje, z jakby nie patrzeć psychiatrą. Doktor Smith była starszą i bardzo spokojną kobietą. Umiała go rozbawić i na prawdę się przy niej uśmiechał. Nie rozmawiali jeszcze o Jego problemie, bo ba! On przecież nie mówił, ale czuł, że może z pomocą sympatycznej lekarki mu się uda. Miała na niego dobry wpływ. Zarażała pozytywną energią. Na tyle, na ile mógł przyznać, że siedzenie w tym miejscu było pozytywne.

Dreptał przez korytarz, aż dotarł do drewnianych drzwi w kolorze czarnym jak smoła. Podejrzewał, że były wykonane z bardzo drogiego drzewa. Niestety w tym momencie zapomniał jego nazwy.

Zapukał cicho. Pomyślał, że może za cicho, bo nikt mu nie odpowiedział. Nie podejmował więcej prób, po prostu wszedł i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Smith jeszcze nie było. Postanowił sobie poczekać. Rozejrzał się po wnętrzu. Kolory brązu i ściany pomalowane na delikatny fiolet. Piękne obrazy przedstawiały konie. Pani doktor była lekko szurnięta na ich punkcie, bo miała ich tu aż siedem. Bał się pomyśleć ile obrazów miała w domu, a może miała też te piękne żywe zwierzęta. Zawsze chciał być koniem, biegałby po łąkach, a w jego grzywa powiewałaby na wietrze.

Tak bardzo zatopił się w swoich rozmyślaniach, że nie zauważył, że ktoś chwyta go za ramię. Nie była to jego terapeutka, to nawet nie była kobieta. Młody mężczyzna. A On obsesyjnie się wystraszył. Zeskoczył z fotela. Stanął prosto jak struna, zachowując bezpieczną odległość. Ten zupełnie nieznany mu człowiek miał niebieski jak samo niebo kitel, ale coś mu nie pasowało. Spod Jego rękawów wystawały tatuaże. Nie żeby coś do nich miał, sam miał dużo, ale to nie było to. To co mu nie zagrało, to młody wygląd lekarza. Był znacznie niższy, szczerzył się tak, że H obawiał się, że pękną mu policzki. Miał lekko podkrążone oczy, karmelowe włosy były pororzucane w każdą możliwą stronę. Spojrzał jeszcze raz na twarz. Starszy marszczył brwi, ale nic nie mówił. Jego niebieskie tęczówki przyglądały się z zaciekawieniem nowemu pacjentowi.

W końcu szatyn pozwolił sobie podejść kawałek, wyciągnął rękę i się przedstawił.

- Nazywam się Louis Tomlinson i od dzisiaj to ja przejmuję rolę doktor Smith, będziemy się spotykać codziennie i po około trzy, a nie dwie, jak do tej pory, godziny.

Harry się bał. Pierwszy raz od wtedy był tak blisko jakiegokolwiek mężczyzny. Od pół roku dokładnie. Po sytuacji, do której doszło, nie dopuszczał do siebie nawet przyjaciół, chociaż wiedział, że za nic w świecie nie zrobiliby mu krzywdy, to był po prostu odruch, a chłopak nie potrafił wyrzucić tego z głowy. Wszędzie widział zagrożenie. A bezczelny doktorek tak po prostu stanął przy nim i czegoś chciał. Harry spuścił wzrok na swoje buty i powoli zaczął się cofać. Nie takiego obrotu sprawy spodziewał się lekarz. Nie miał pomysłu jak aktualnie namówić chłopaka do współpracy, więc cofnął rękę i odchrząknął. Chciał zwrócić uwagę młodszego. Zadziałało, tak jak tego oczekiwał.

-W porządku, nic na siłę, możesz iść. Zobaczymy się jutro- powiedział.

Nie chciał na starcie zniechęcić do siebie chłopaka. A sukces zauważył tuż przed odezwaniem się. Chłopak nie zaczął panicznie uciekać, a jedynie mu się przyglądał, dopóki ten nie spróbował się zbliżyć.

Młody loczek spojrzał na Tomlinsona po raz ostatni i wyszedł. Popędził do swojego pokoju, zakopał się pod kołdrą i chciał zakończyć ten potworny dzień. Nie zauważył kiedy łzy zaczęły kapać po jego policzkach, mocząc przy tym poduszkę. Nie chciał tego. Nie czuł nic oprócz żalu i nienawiści. A jednocześnie, pomimo wszystko, chciał walczyć. Ktoś tam w górze dawał mu siłę, o której nie miał nawet pojęcia.

Empty Heart || LarryWhere stories live. Discover now