Prologue

2.2K 120 190
                                        

Bellamy POV

Stałem tam z pękającym na pół sercem. Wyczekiwałem, aż jej blond czupryna wychyli się zza rogu, a ja złapię ją w swoje ramiona i nigdy nie puszczę. Traciłem ją z własnej głupoty.
Przecież mogłeś pobiec razem z nią, a reszta sama poradziłaby sobie z przyprowadzeniem Monty'ego! Dlaczego nie dostrzegłem strachu w jej oczach, gdy miałem ku temu okazję?

- Chodź, Bellamy - powiedział Murphy i położył swoją dłoń na moim ramieniu w geście wsparcia. - Ona już nie... - przerwał, a ja poczułem łzy zbierające się w kącikach moich oczu.

- Zostaw mnie! - krzyknąłem na przyjaciela zbyt głośno niż miałem w zamiarze.
Cały się trzęsłem i nie potrafiłem tego powstrzymać. Cały mój świat się rozstąpił, a ja zacząłem spadać w bezdenną przepaść rozpaczy. Byłem świadom, że nie miałem prawa w tym momencie płakać. Miałem zostać przywódcą tych przerażonych jeszcze dzieciaków i zapewnić im wsparcie. Koniec świata przerósł psychicznie każdego. Jednak ja jakoś sobie radziłem. Dawałem radę, ponieważ u mojego boku trwała Clarke. Dzieliliśmy ciężar na pół, tak samo jak wówczas w Mount Weather.

- Razem - szepnąłem, a moim ciałem targnął kolejny spazm szlochu. - Nie poradzę sobie bez ciebie, Księżniczko.

- Została minuta! - krzyknęła Raven, a Murphy zawinął swoje dupsko do rakiety, w międzyczasie obdarzając mnie spojrzeniem pełnym typowej jak dla niego litości oraz... współczucia, które nigdy dotąd nie zaszczyciło jego twarzy swoją obecnością.

Padłem na podłogę i przyciągnąłem kolana do swojej klatki piersiowej. Każdy centymetr mojego ciała drżał z obawy, że blondynka nie zdąży. Głowiłem się nad tym, jak miałbym postąpić, gdyby naprawdę tak się stało. Najchętniej zostałbym w tym bunkrze i cierpiał. Wykańczał się do reszty, rozważając miliony innych scenariuszy, obwiniając się, że nie poszedłem razem z nią. Wolałbym już skonać na świeżym powietrzu, krzycząc z bólu, ale z nią u boku. Z moją Clarke, bez której nie potrafiłem funkcjonować.
"Musisz zacząć używać również rozumu, Bellamy" - przypomniałem sobie słowa, które Clarke wypowiedziała do mnie z jakąś godzinę temu. Przeklętą godzinę na wskroś przesiąkniętą obawami i złymi decyzjami. Tak mało czasu wystarczyło, abym podjął się najgorszej z możliwych opcji - znowu wybrał innych ponad nią. Z tym wyjątkiem, że teraz mogłem ją stracić już na zawsze, bezpowrotnie.

- Rusz dupę, Blake! - usłyszałem zdenerwowany krzyk Raven. - Już nie ma czasu - dodała nieco spokojniej, a ja zastygłem w miejscu.

- Nie! - wrzeszczałem przed siebie. - Poczekajmy jeszcze chwilę. Na pewno zaraz przyjdzie - próbowałem odpowiedzieć normalnie, ale moje gardło skurczyło się do minimalnych rozmiarów.

- Bellamy - zaczęła ciemnowłosa dziewczyna, siląc się na spokój, ale nawet w odległości kilku metrów mogłem usłyszeć jak nerwowo stuka palcami o kokpit. - Już i tak jesteśmy opóźnieni i nie wiem, czy fala nie zakłóci awioniki rakiety.

Zakląłem pod nosem i uderzyłem pięścią w jakieś metalowe pręty ciągnące się po ścianie, obok której stałem. Zabolało jak cholera, ale dopiero to otrzeźwiło mi umysł. Widok czerwonej strużki krwi skapującej z wierzchu mojej dłoni uświadomiła mi, co do diabła wyprawiam. Clarke nie zdąży, takie były realia. Muszę być silny. Zrobić to dla niej. Tylko tak mogłem się odwdzięczyć za jej poświęcenie. Zadbać o szóstkę jej ludzi. Naszych ludzi.

- A żeby cię popierzona, ziemio! - wydarłem się na całe gardło i skierowałem w stronę rakiety.
Wspiąłem się po schodach, posyłając reszcie moich towarzyszy słaby uśmiech. W zamian obdarzyli mnie spojrzeniem pełnym współczucia, a na to nie byłem do końca przygotowany. Westchnąłem groźnie, co najwyraźniej poskutkowało, gdyż oderwali ode mnie swój litościwy wzrok. Zająłem miejsce obok Echo, która pierwszy raz w życiu okazała przed czymś słabość. Jak widać nawet wielki wojownik z Azgedy nie był idealny. Miał ten odczyn ludzki, a myślałem, że w sercu tej dziewczyny nie ma miejsca na jakiekolwiek uczucia.

- Zapnij pas, Blake - pouczyła mnie Raven i kliknęła jakiś przycisk, a drzwi do rakiety zamknęły się z głośnym hukiem. Dokładniej, byłem przekonany, że to one wydały ten dźwięk, ale zszokowana mina Monty'ego utwierdziła mnie w przekonaniu, że coś innego wydało ten łoskot.

- Raven, stój! - usłyszałem przerażony głos skośnookiego.

Dziewczyna nie wiedziała, co się dzieje i tylko uniosła ręce do góry. Widać było, że krzyk Greena zaniepokoił wszystkich.

- Tam! - Chłopak wskazał palcem drugi koniec pomieszczenia, gdzie biegła jakaś sylwetka.

- Boże - wycedziła osłupiała Raven. - To Clarke.

Nie wierzyłem własnym uszom. Momentalnie rozpiąłem pas i zerwałem się z miejsca. Dopadłem szyby i zacząłem walić w nią pięścią, aby blondynka nas ujrzała.

- Raven! - Monty był w tym momencie chyba jedyną osobą, która nie dała zbyt mocno podnieść się emocjom. - Otwórz właz.

Ciemnowłosa nic nie powiedziała, tylko wykonała rozkaz. Wyrwałem się z rakiety biegiem, a mało nie potykając się o własne nogi. Dojrzałem przed sobą napromieniowaną Clarke. Całą twarz miała pokrytą czerwonymi bąblami, ale nie to najbardziej zwróciło moją uwagę. Obok niej ledwo dysząc szło dziecko. I to nie byle jakie. Na oko siedmioletnia dziewczynka z usmarowaną czarną mazią twarzą. Zakląłem w myślach. Czarnokrwista - to słowo wyryło mi się w głowie jak jakieś fatum. Będziemy mieli przez nią same problemy - pomyślałem i ruszyłem, aby pomóc dziewczynom. Przez chwilę zapomniałem o moim wcześniejszym histerycznym zachowaniu. Byłem wściekły, diabelnie wściekły.

Kim, do cholery jest to dziecko i dlaczego Clarke ryzykowała swoje życie, aby uratować?


........................................

Serdecznie witam wszystkich w moim nowiusim opowiadanku o The 100 z głównym motywem Bellarke. Natchnęło mnie, aby to napisać, gdy przeczytałam gdzieś (nie mogę sobie dokładnie przypomnieć), że na wattpadzie mamy deficyt fanfiction z akcją na Arce po drugim końcu świata. Tak więc oto przybywam do Was z tym "czymś", które w sumie będzie pisane trochę na spontanie, a biorąc pod uwagę, że za tydzień zaczyna się szkoła rozdziały zapewne będą pojawiać się gdzieś tak raz na tydzień.

I jak? Zaciekawił kogoś prolog (wiem, praktycznie nic tu nowego, no ale jakoś ten początek trzeba było pociągnąć), albo ogólnie tematyka tego ff? Mam nieskromną nadzieję, że tak.

Każda gwiazdka i komentarz - motywują.

Do następnego, ludziska!

Life Is More Than Just Surviving || BellarkeStories to obsess over. Discover now