We've updated our Content Guidelines.
Review the latest guidelines to keep sharing stories safely.

PROLOG - Złamane pióro

3 0 1
                                        

Siedemnasty stycznia 2006 roku, godzina 5:54. Środek zimy. Na zewnątrz minus dziesięć stopni Celsjusza, a mroźny, tnący wiatr sprawiał, że temperatura odczuwalna była jeszcze niższa.
- Ale mroźno, ja pierdolę - mruknął Biddie, wyciągając swoje czarne wieczne pióro. Zaczął nim nerwowo kręcić między palcami, rytmicznie uderzając stalówką o kolano. - Nie mogliśmy opracować tego napadu chociaż dwa miesiące później?
- Mróz usypia czujność, Bradley - uciął Pops, nie odrywając wzroku od tarczy zegarka. - A my jesteśmy tu po to, żeby posprzątać, a nie narzekać na pogodę.
Ekipa Sprzątająca ruszała właśnie na najważniejszą akcję w swojej pięcioletniej historii. Ich celem był Continental and Commercial National Bank - jeden z najlepiej strzeżonych i najnowocześniej monitorowanych obiektów w całym Chicago.

- Jesteśmy już blisko... nawet nie wiecie, jak bardzo mnie to stresuje - wychrypiał Rev. Zacisnął dłonie na kierownicy, jednocześnie miętoląc w lewej dłoni swój talizman - wytarty, brązowy różaniec, pamiątkę po zmarłej matce.
- Jakby każdy z nas miał takie podejście, jak ta cipa, to dawno gówno byśmy zarobili - rzucił pogardliwie Shafty. Odpalił trzeciego z rzędu czerwonego Marlboro, wypełniając ciasne wnętrze furgonetki gryzącym dymem. - Quincy, nie bądź jebanym tchórzem.
- Kevin, kurwa! - warknął Pops, odwracając się gwałtownie. - Jesteśmy drużyną. Uspokój się, albo będziesz zapierdalał za nami pieszo. Koniec kłótni.

Mark przeniósł wzrok na Digitsa. Chłopak siedział w kącie furgonetki, opierając czoło o zimną szybę. Miał dwadzieścia pięć lat - był o pół dekady młodszy od reszty, co w tym fachu czyniło go niemal dzieckiem. Jego dłonie, zwykle pewne i szybkie przy manipulowaniu wytrychami, teraz drżały tak mocno, że musiał schować je w kieszeniach kombinezonu. Ciche łkanie, które wydobywało się z jego piersi, było jedynym dźwiękiem przebijającym się przez szum silnika.
- Digits, spójrz na mnie - głos Popsa nieco złagodniał, choć wciąż brzmiał jak rozkaz. - Jak wejdziemy do środka, świat poza zamkiem przestanie istnieć. Tylko ty i mechanizm. Rozumiesz?
Chłopak powoli skinął głową, ocierając nos rękawem.
- Jesteśmy na miejscu - rzucił nagle Rev, gwałtownie hamując.
Furgonetka stanęła przy krawężniku, tuż przed monumentalnym wejściem do Continental and Commercial National Bank. Budynek majaczył w ciemnościach poranka jak kamienny potwór.
- Dobra, sprzątacze, czas zacząć dniówkę - Biddie wstał, chowając wieczne pióro do wewnętrznej kieszeni. Przez ułamek sekundy na jego twarzy odmalował się ten charakterystyczny, zawadiacki uśmiech, który sprawiał, że każdy mu ufał. - Sprzęt sprawdzony?
Shafty splunął na podłogę auta, zgasił papierosa butem i przeładował swojego Glocka. Metaliczny szczęk rozniósł się echem w ciasnej przestrzeni.
- Czysto, szybko i bez śladów - mruknął pod nosem, nakładając kominiarkę.
Pops spojrzał na każdego z nich po kolei. Biddie (jego prawa ręka), Shafty (siła ognia), Rev (ucieczka), Digits (klucz do wszystkiego) i Frenzy, który w milczeniu naciągał rękawice.
- Pamiętajcie - Pops chwycił za klamkę przesuwnych drzwi. - Wchodzimy jako sprzątacze, wychodzimy jako bogacze. Żadnych błędów.
Drzwi furgonetki odsunęły się z hukiem, wpuszczając do środka lodowate powietrze Chicago.

Drzwi furgonetki odsunęły się, a lodowate powietrze wdarło się do środka. Rev został za kółkiem, zaciskając dłonie na różańcu tak mocno, jakby chciał go zmiażdżyć. Nie patrzył w stronę banku. Nienawidził huku wystrzałów i zapachu prochu. On był tylko od tego, by silnik mruczał miarowo, czekając na ich powrót.
Pierwszy wypadł Frenzy.
Poruszał się z gracją drapieżnika, którą wyniósł z ringu. Strażnik przy wejściu nie zdążył nawet położyć dłoni na kaburze. Frenzy doskoczył do niego w trzech błyskawicznych krokach. Lewy prosty złamał nos mężczyzny, a potężny prawy sierpowy posłał go na beton z hukiem pękającej czaszki. Frenzy nie przestał. Wpadł do lobby jak tornado, napędzany czystą żądzą krwi, eliminując kolejnych dwóch ochroniarzy, zanim zdążyli krzyknąć. To był amok - precyzyjny, cichy i przerażający.
Zaraz za nim wpadli Shafty i Biddie.
Shafty nie bawił się w półśrodki. Jego Glock z tłumikiem pluł ogniem, systematycznie "uspokajając" tych, których Frenzy tylko ogłuszył. Biddie osłaniał mu plecy, kontrolując tłum przerażonych pracowników banku, którzy właśnie zaczynali rozumieć, że to nie jest zwykły napad.
Digits, wciąż blady, biegł z nimi, trzymając w dłoni ciężki pistolet. Miał swoje zadanie - "dobijanie niedobitków". Gdy tylko zauważył poruszające się ciało na marmurowej posadzce, oddawał strzał z zimną krwią, a potem natychmiast dopadał do panelu alarmowego, by odciąć bank od świata.
Na samym końcu, z kamienną twarzą, wszedł Pops.
Podczas gdy reszta siała śmierć, on zajmował się profesją. W jednej ręce trzymał broń, w drugiej ciężką torbę z chemikaliami i sprzętem do zacierania śladów DNA. Przechodził obok trupów, sprawdzając kąty kamer i trajektorię łusek. Byli "Ekipą Sprzątającą" nie dlatego, że myli podłogi, ale dlatego, że po ich wyjściu nie zostawało nic, co mogłoby pomóc policji.
- Czysto! - ryknął Frenzy, ocierając krew z kłykci.
- Czas start, Digits! - rzucił Pops, spoglądając na zegarek. - Masz cztery minuty, zanim systemy zewnętrzne zweryfikują brak sygnału.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Apr 13 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

The Cleaning CrewStories to obsess over. Discover now