Grudniowa aura na dobre rozgościła się w Hogwarcie. Śnieżnobiały puch usadowił się wygodnie na błoniach i górach wokół zamku, sprawiając, że wyglądał jak z baśni o Królowej Śniegu. Wszystkie drzewa i choinki uginały się pod ciężarem śniegu, niczym w zaklętym tańcu kłaniając się nisko do publiczności. Temperatura w zamku spadła do tego stopnia, że uczniowie pomiędzy zajęciami nosili rękawiczki ze smoczej skóry, chroniąc przemarznięte dłonie. Dni stawały się coraz krótsze, zachęcając do przesiadywania z kubkiem gorącego kakao i wpatrywaniu się w ciemne niebo, rozpromienione milionami gwiazd.
Grudzień sprawił, że profesorowie nieco odpuścili nawał prac domowych, sami odczuwając w powietrzu zbliżającą się magię świąt. Z wielkim rozpędem profesor Snape rozpoczął ostatni miesiąc roku, nie idąc w ślady swoich kolegów po fachu. Utrzymywał dalej wysoki poziom, nie pozwalając uczniom na idiotyczne rozmyślanie i bujanie w obłokach o zbliżającej się Gwiazdce. Kładł na barki swych uczniów niezmierzoną ilość wypracowań, zadań domowych, przygotowań do testów, że nawet przez chwile nie przyszłoby im przez myśl, aby wzdychać do choinki, objadaniu się ponad swoje możliwości, czy bezproduktywnym wylegiwaniu się przed kominkiem.
Wśród grona pedagogicznego jedyna profesor McGonagall próbowała poskromić profesora Snape'a sugerując nieśmiało, by odpuścił trochę przemęczonym uczniom. Jej prośby zazwyczaj kończyły się głośnym prychnięciem mężczyzny, wraz z wiązanką o braku poszanowania do jego osoby i eliksirów, które w jego mniemaniu były najważniejszym przedmiotem w całej szkole.
Profesor transmutacji przemierzała korytarze zamku, widząc przed oczyma przepiękny bukiet kwiatów, który czekał na nią od rana w gabinecie. Liścik do niego dołączony, tylko powodował szybsze bicie serca i nieśmiałe trzepotanie skrzydeł motyla, sprawiając, że czuła się, jakby miała ponownie dwadzieścia lat. Zatrzymała się przy posągu gargulca, rzucając na niego łagodne spojrzenie.
- Kandyzowane jabłka.
Gargulec odskoczył, ukazując kręte schody prowadzące prosto do gabinetu dyrektora. Długo jej nie zajęło, aby się po nich wdrapać, kurczowo zaciskając dłoń na poręczy. Drzwi były uchylone, wypuszczając na przedsionek odrobinę światła z zewnątrz. Zapukała delikatnie, a słysząc automatyczne pozwolenie, weszła do środka dobrze znanego jej gabinetu.
Za biurkiem siedział Albus w szmaragdowej szacie. Jego błękitne tęczówki rozpromieniały, gdy tylko ujrzał w progu drzwi Minerwę. Czym prędzej powstał, kierując się żwawym krokiem w stronę kobiety. Chwycił ją uprzejmie za dłoń, składając na jej wierzchu delikatny pocałunek. Minerwa poprawiła szkiełka na nosie, czując, jak policzki oblewają się gorącym rumieńcem.
- Albusie w każdej chwili mogą się zjawić — powiedziała zawstydzona, zajmując swój ulubiony fotel po prawej stronie. Czarodziej uśmiechnał się tylko pod nosem, wracając do biurka. — Dziękuję za kwiaty.
Albus wrzucił parę cytrynowych dropsów do ust, wesoło rozgniatając je pomiędzy zębami. Podsunął metalową puszkę w stronę kobiety, ale ta jedynie uprzejmie pokręciła głową. Siedzieli w ciszy, wpatrując się w siebie nawzajem, a ten brak rozmowy pomiędzy nimi wcale nie był krępujący, jakby mogło się wydawać. Kobieta co rusz drapała się po zaczerwienionym policzku, czując się dosłownie, jakby w gabinecie były rozpalone co najmniej cztery kominki.
YOU ARE READING
Hogwardzki Grinch
Short StoryŚwięta w Hogwarcie są tuż, tuż. I gdy spadł już pierwszy śnieg, choinki zostały ubrane a pierniki udekorowane, zjawia się On... Usiądź wygodnie, weź gorące kakao i zanurz się w krótkiej słodko - gorzkiej historii o Grinchu, który otwarcie i skryci...
