Prolog

55 3 1
                                        

Rzuciłam okiem na lustro po raz ostatni przed wyjściem z domu. Moje tęczówki wydawały mi się być jeszcze jaśniejsze i bardziej niebieskie niż zwykle, ale to pewnie od potoku łez, które wylewam od dwóch tygodni. Czarna sukienka do kolan, którą założyłam pierwszy raz odkąd kupiła mi ją mama 3 lata temu, jednak się przydała. Nie podobała mi się, ale mama była nią oczarowana. Rzuciłam ją w kąt szafy i za każdym razem, gdy pytała czy ją ubiorę, udawałam, że nie wiem gdzie jest, o czym ona oczywiście wiedziała. Zawsze wiedziała o wszystkim, przed nią niczego nie dało się ukryć. Nawet tego, że w 1 gimnazjum "chodziłam" z Tony'm Wellmann'em, nigdy nie wspominałam o nim, ani nie przyprowadziłam go do domu, a jednak jakimś cudem się dowiedziała. Pamiętam i nigdy nie zapomnę jak bardzo żenująca była wtedy nasza rozmowa, na temat chłopców i antykoncepcji. Otarłam łzę z policzka, gdy przed oczami ukazał mi się obraz mamy, stała w kuchni, w swoim ulubionym niebieskim szlafroku z wzorem uśmiechających się chmurek. W całym domu pachniało amerykańskimi pancake'sami, smażonymi na maśle, z borówkami w środku. Wiedziała, że je uwielbiam, dlatego robiła je co weekend na śniadanie, specjalnie dla mnie, choć jej już dawno się przejadły. Telefon zawibrował mi w kieszeni "Taksówka oczekuje pod wskazanym adresem". Spięłam włosy w kok i zabrałam z szafy parasolkę. Pogoda jak na ekranie kina. Czyli idealna na pogrzeb. Deszcz zacinał wielkimi kroplami, parasolka niestety średnio zdała egzamin. Wskoczyłam szybko do taksówki. Od zamknięcia drzwi czas dla mnie powoli się zatrzymywał. Słyszałam swój głośny, nierówny oddech i szybkie bicie serca.

- Jaki adres ? - usłyszałam jakby przez mgłę. Taksówkarz patrzył na mnie trochę niecierpliwie, ale chyba po mojej minie i stroju wywnioskował, że nie jadę na imprezę, więc jego wyraz twarzy złagodniał, wyczułam w nim też nutę współczucia, której z grzeczności starał się nazbyt nie okazywać.

- Cmentarz przy Moore. - odpowiedziałam szybko i półszeptem. Skinął głową i bez słów ruszył. Całą drogę siedzieliśmy w ciszy, kierowca nawet nie podgłośnił radia, za co byłam mu na prawdę wdzięczna. Staliśmy dłuższą chwilę na światłach, dobrze wiedziałam gdzie jesteśmy. Tutaj, zaraz za zakrętem, był mój ulubiony park. Na środku kwiecistych polan mieścił się ogromny staw, w którym zawsze pływały łabędzie. Często tu przychodziłyśmy z mamą na pikniki. Pamiętam jak raz, jeden łabędź zaszedł nas od tyłu i zaczął wyjadać nam z koszyka. Mama całą drogę do domu przeżywała, że nie zabrała ze sobą aparatu. Każdym następnym razem nosiła go na szyi, mówiła, że w ten sposób zawsze będzie gotowa na wszelkie niespodzianki.

- Jesteśmy na miejscu. - z transu wyrwał mnie głos taksówkarza. Otrząsnęłam się z myśli i zobaczyłam, że stoimy pod wejściem głównym na cmentarz. Wielkie, metalowe skrzydło bramy przeraźliwie skrzypiało, bujając się na wietrze. Podziękowałam kierowcy i ruszyłam niepewnym krokiem w stronę bramy. Z każdą chwilą, coraz bardziej ściskało mnie w gardle, czułam, że zaraz ściśnie mi wszystkie narządy i eksploduję. W końcu dotarłam na miejsce. Wielka dziura, głęboka na dwa metry, straszyła swym wyglądem. Wokół niej, pusto. Tylko ja jedna. Spojrzałam na zegarek. Nic dziwnego, w końcu jestem tu 3 godziny przed czasem.. Cierpliwie czekałam, aż zaczęli zbierać się ludzie. Garstka osób, które znały moją mamę. Kilku znajomych z pracy i Pani Hollow, która mieszkała obok nas i prowadziła mały bar. Były ze sobą bardzo zżyte, jak byłam małą dziewczynką wołałam na nią ciociu Skyler, ale nie lubiła tego, wolała gdy mówiło się do niej Sky. Spojrzałam na nią kątem oka. Patrzyła na mnie smutnym wzrokiem. Nie podeszła. Wiedziała, że nie chce wyrazów współczucia ani innych tym podobnych. Sama zresztą ledwo się trzymała po stracie najlepszej przyjaciółki. Na pewno nie chciała się przy mnie załamać. W końcu zza rogu zaczął rozbrzmiewać marsz pogrzebowy. Powolnym krokiem nieśli trumnę mojej mamy, z księdzem na czele. Łzy znów stanęły mi w oczach. Odwróciłam głowę w stronę wykopanej dziury i... zastygłam... Kolejna pieśń wybudziła mnie z transu. Mrugnęłam kilka razy. Trumna mamy była już w dole. Każdy podchodził, żeby podarować jej różę i wsypać trochę ziemi. Z sercem w gardle ukucnęłam przy głębokim dole, nie spuszczając oczu z dębowej trumny. Zacisnęłam w dłoni mokry piasek.

IrisWhere stories live. Discover now