Powołanie

189 19 14
                                        

Przedmieścia Londynu, 12 stycznia 2025 roku

Zapach spalenizny, smak kurzu w ustach, huk wystrzałów. John obudził się, gwałtownie łapiąc powietrze. Rozdygotany, otarł z czoła kropelki potu, próbując zapanować nad przyśpieszonym oddechem. Chwilę zajęło mu uspokojenie skołatanego serca. Odliczał w myślach do dwudziestu, wbijając wzrok w pęknięcie na suficie, które miał zaszpachlować już dwa miesiące temu. Nie był jednak w stanie zmusić się do pojechania do sklepu po potrzebne narzędzia. Zwlókł się z łóżka i poczłapał do kuchni, odruchowo klikając włącznik ekspresu. Otworzył lodówkę i rozejrzał się po prawie pustym wnętrzu. Z braku zbytniego wyboru sięgnął po pudełko z jajkami i lekko podeschniętą kiełbasę. Bez finezji wrzucił składniki na patelnię i podkręcił ogień. Rozbudziwszy się odrobinę dzięki zapachowi kawy, jaki zaczął rozchodzić się po pomieszczeniu, jak na autopilocie naszykował posiłek i usiadł do stołu. Niespiesznie sięgnął po laptopa, aby przejrzeć wiadomości. Taki był jego poranny rytuał, który powtarzał się nieustannie, odkąd wrócił z „wojny saharyjskiej". Był świadomy, że musi wziąć się w końcu w garść i znaleźć pracę, bo egzystowanie z oszczędności, które w zawrotnym tempie zaczęły się kurczyć, nie mogło trwać wiecznie. Otworzył, więc dla czystego sumienia stronę z ofertami pracy dla personelu medycznego i bez większego entuzjazmu zaczął przeglądać ogłoszenia. Dzień zapowiadał się na równie nudny i bezcelowy jak wszystkie poprzednie, ale w połowie konsumowania śniadania, rozbrzmiało pukanie do drzwi. Dźwięk stawał się coraz mocniejszy, jakby intruz nie potrafił opanować zniecierpliwienia. Poirytowany brakiem poszanowania porannych godzin i możliwymi ubytkami farby na wysłużonych drzwiach, udał się czym prędzej do przedpokoju, aby przegonić natrętnego gościa. Gdy tylko złapał za klamkę, miał już w głowie przemowę dla komiwojażera bądź czcicieli religijnych, którzy byli głównymi podejrzanymi, jakich spodziewał się ujrzeć o tak wczesnej porze na swoim progu. Niestety, nie był przygotowany na to, co objawiło się jego oczom, kiedy otworzył drzwi. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy spostrzegł dobrze zbudowanego mężczyznę w czarnym płaszczu i garniturze, a za jego plecami dwóch odzianych w mundury żołnierzy królewskich sił zbrojnych.

Był w zbytnim szoku, żeby powitać ich kulturalnie, ale najwidoczniej nie oczekiwali miłego przyjęcia, bo od razu przeszli do rzeczy.

– Kapitan John Watson? – zapytał mężczyzna w garniturze.

– Tak – odrzekł bez zastanowienia, przejeżdżając nieufnym spojrzeniem po pozostałych gościach.

– Pojedzie pan z nami – zakomunikował z poważnym wyrazem twarzy mężczyzna, kompletnie ignorując fakt, że Watson stoi przed nim w piżamie i kapciach.

– W jakim celu? – zapytał John, coraz bardziej podejrzliwym wzrokiem śledząc śmiertelnie poważnie wyglądających facetów, czekających przy czarnym land roverze.

– Proszę za mną. – Ważniak w garniturze bez najmniejszego poczucia nietaktu, wskazał na stojący przy krawężniku samochód.

Watson cofnął się o krok w głąb przedpokoju, strategicznie zaciskając dłoń na klamce.

– Nigdzie z wami nie jadę – odrzekł stanowczo, marszcząc przy tym groźnie brwi. Z jego postawy łatwo można było wywnioskować, że będzie stawiać silny opór, jeśli sytuacja go do tego zmusi. – To musi być jakaś pomyłka. Nie jestem już czynnym żołnierzem. Odszedłem z armii pół roku temu i nie przypominam sobie, żebym miał jeszcze wobec niej jakieś zobowiązania.

– Zapewniam pana, że to nie jest pomyłka. Mam rozkaz doprowadzić pana do sztabu. To sprawa wagi państwowej.

– Przykro mi, ale Królestwo musi poradzić sobie beze mnie – burknął, szykując się do zamknięcia drzwi.

HOSTIS :Alienlock:Where stories live. Discover now