1 [Connor]

274 25 20
                                        

Zamknięcie drzwi, postawienie kropki, spalenie mostu i wszystkie inne synonimy zakończenia jakiegoś tematu — właśnie tak można było określić to, co usiłował zrobić Connor po ukończeniu klasy maturalnej.
Connor Murphy w szkole nie miał łatwo. W domu nie było lepiej. W swoim pamiętniku często określał powrót do domu w taki właśnie sposób: „podróż z deszczu pod rynnę".
Jego rodzina była stosunkowo duża, jeśli miałoby się ją porównywać do większości jego rówieśników, uczęszczających razem z nim do liceum. Czasami zastanawiał się, czy rodzice nie wysłali go przypadkowo do szkoły dla jedynaków i sierot.
Connor miał bowiem młodszą o rok siostrę, Zoellę Murphy. Nikt nigdy nie zwracał się do niej Zoella. Kiedyś, w dzieciństwie, Connor dla zabawy podśpiewywał do melodii z ulubionej bajki: „Zoella De Mon... Zoella De Mon...". Doprowadzało to młodą Zoellę do szału.
Connor miał również dwójkę sprawnych umysłowo i fizycznie rodziców. W swoim pamiętniku często nazywał ich również „sprawnymi finansowo". Larry oraz Cynthia Murphy byli wiecznie skłóconym małżeństwem. Obydwoje mieli różne priorytety — Larry dbał o reputację rodziny, stan majątkowy, wyżywienie i ogólny porządek. Zatracał się w pracy, a w wolnym czasie przeglądał gazety, by wiedzieć, co się w wielkim świecie działo. Cynthia natomiast chciała skupić się na dzieciach. Dużo pracowała, to fakt, jednak jej biuro znajdowało się w jadalni, gdzie rozkładała późnym rankiem komputer i zaczynała swoją pracę. Gdy tylko zbliżała się godzina powrotu któregokolwiek z dzieci do domu, chowała wszystko do szafek, toreb czy regałów, biegła gotować obiad i robić pranie, zagadywała syna i córkę, śmiała się głośno i udawała stabilną psychicznie.
Oprócz nich, Connor naprawdę nie miał już nikogo. Czy jednak byłoby mu tak źle samemu? Ciagle tylko myślał o tym, jak bardzo ich nienawidził. Jak chciałby, by Zoe przestała się na nim wyżywać, a nareszcie wybaczyła mu grzechy przeszłości. Jak chciałby, by Cynthia przestała udawać, że reszcie rodziny na nim zależy, a w końcu zauważyła, że jest jedyna. Jak chciałby, by Larry zniknął z jego życia, a po prostu został zastąpiony kimś, kogo bardziej przejmuje stan zdrowia najbliższych od stanu jego konta bankowego. To prawda, nienawidził swojej rodziny. Nigdy nie nazwałby najbliższych przyjaciół rodziną, nie byłby to komplement. A jednak nie chciałby być sam. Samotność przerażała go. Coraz częściej ją odczuwał, to prawda, ale bał się jej bardziej niż czegokolwiek innego. Nic nie miało nad nim tak wielkiej kontroli, jak właśnie ona... Samotność. Upragniona, ale znienawidzona.

Mężczyzna złapał torbę, schował w niej pudełko naboi, broń i butelkę wody. Przerzucił zapakowaną, małą torebkę przez ramię i wcisnął stopy w wysokie, czarne buty. Zapiął je, złapał płaszcz pod pachę i nacisnął klamkę.
- Connor! - głos starszej kobiety dobiegł go z głębi mieszkania. Zatrzymał się w drzwiach już otwartych na oścież. Następnie słyszał już tylko szybkie kroki małych stóp w puszystych kapciach z plastikową podeszwą.
Niższa od niego, ruda kobieta wyprzedziła go i stając przed nim, wspięła się na palcach, kładąc dłonie na jego policzkach, które po chwili wycałowała z czułością i wzruszeniem wymalowanymi na twarzy i w oczach.
- Uważaj na siebie - powiedziała wyraźnie, patrząc mu głęboko w oczy. Mężczyzna nie odpowiedział. Kobieta nie była tym faktem specjalnie zdziwiona. Stanęła ponownie na całych stopach, puściła jego policzki, poklepała go po ramieniu i westchnęła ciężko. - Wiem, jestem już nudna - dodała po chwili, po czym zakaszlała krótko, zasłaniając usta wolną dłonią. Tą dłonią nie ważyła się już dotknąć młodego mężczyzny. Szurając o drewniane panele puszystymi kapciuszkami, ruszyła z powrotem do kuchni.
Brunet skorzystał z okazji i wyszedł przed dom, zamykając za sobą duże, białe drzwi. Nie wziął kluczy, nie miał takiej potrzeby. Rudowłosa nigdy nie opuszczała posesji, szczególnie w weekendy. Szczególnie wieczorami.
Trzymając kurczowo pasek swojej zapakowanej, małej torby, ruszył w kierunku bazy wojskowej, w której miały odbyć się weekendowe szkolenia młodych mężczyzn zdolnych do walki. Nie wiedział, dlaczego tak właściwie się na nie zapisał. Rozumiał potrzebę naboru młodych kadetów do wojska, ale sam nie był w stanie wyobrazić sobie swojej podobizny w mundurze. Moro nie pasowało do jego fryzury. Musiałby ściąć, a później zgolić włosy, które były jedyną rzeczą, o którą dbał ostatnimi czasy. Doprowadziłoby go to do załamania psychicznego, którego w najbliższym czasie nie chciał zbytnio doświadczać. Wystarczył mu brak stabilności psychicznej. I sine półkola pod oczami spowodowane pracą za dnia i zarywaniem nocy na włóczenie się dokoła miasta. A w weekendy praktyki.
Praktyczne Zajęcia Wojskowe polegały głównie na opanowaniu umiejętności celnego strzelania z broni palnej, głównie małej, którą każdy uczeń musiał przynieść samodzielnie na zajęcia. Prawna zgoda na posiadanie broni nie była przecież niemożliwa do zdobycia dla osoby pełnoletniej w Stanach Zjednoczonych, co wydawało się mężczyźnie conajmniej komiczne, lecz postanowił tego nie komentować. Podczas PZW, brunet zdążył zdobyć już wiele użytecznych umiejętności, więc nie poddawał się i dzielnie stawiał się na zajęciach w każdą sobotę i niedzielę. Zawsze miał ze sobą małą torbę. Zawsze miał w niej broń, naboje i wodę. Nigdy nie wychodził z PZW nieusatysfakcjonowany. Nigdy. Ani razu.
Lubił uciekać myślami od pracy. Uwielbiał to robić. Po prostu skupić się na pociągnięciu za spust, a nie na przekładaniu kurtek ze składzika do działu męskiego. Czy tylko po to męczył się przez cztery lata liceum? Czy naprawdę jedynie dlatego zdawał egzaminy końcowe? Praca w sklepie sportowym mogła wydawać się ciekawa dzieciakowi odwiedzającemu sklep dla zabawy bądź z rodzicami, chcącymi kupić mu ciekawy prezent w stylu roweru czy mechanicznej deskorolki. Jednakże mężczyzna tak poważny jak on czuł się zwyczajnie poniżony, gdy był zmuszony do założenia niebieskiej koszulki z logiem sklepu na piersi i przypięcia plakietki, która okłamywała każdego klienta, że „z przyjemnością im pomoże". Prędzej odciąłby sobie rękę. I to z przyjemnością i szczerym uśmiechem na podłużnej, bladej twarzy.
Mężczyzna został brutalnie wyrwany ze swojego transu, który większość nazwałaby „stanem głębokiego zadumania". Doszły go krzyki, które od razu udało mu się rozpoznać i podzielić na dwie grupy: krzyk ofiary i atakującego. A raczej kilku atakujących. Po głosach doszedł do wniosku, że było ich dwóch. A przynajmniej tylko tych dwóch krzyczało.
Coś w jego lodowatej duszy kopnęło go w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Musiał ruszać. Powinien iść na zajęcia, jednakże praktyki wojskowe miały być skierowane ku pomocy ludziom, co krzyżowałoby się dość nieładnie z całkowitym zignorowaniem bitwy, której był nausznym świadkiem. Jęknął i zaklął pod nosem, obrażając swoje dobre serce przepełnione miłością do bliźnich. Ruszył więc prędkim krokiem w stronę najbliższej alejki, z której dobiegały go coraz to głośniejsze krzyki i odgłosy walki. Schował się za kontenerem i począł przyglądać się zaistniałej sytuacji, układając w głowie plan działania. Jednak instynkt go nie zawiódł — atakujących była dwójka. Ofiara jedna, na ziemi, nieprzytomna bądź martwa. Ale oni jeszcze kopali...
Mężczyzna nie mógł już bezczynnie stać. Musiał wtoczyć swój niedopracowany plan w życie. Wyciągnął z torby pistolet, naładował go i odbezpieczył, a następnie wyszedł zza kontenera, stanął kilka metrów od tamtych i uniósł rękę. Wystrzelił raz w niebo. Krzyki ustały. Napastnicy odwrócili głowy w jego kierunku i zamarli.
- Connor Murphy...

Obvious || DEH TreeBros Fanfiction [[WOLNO PISANE]]Stories to obsess over. Discover now