Prolog

568 38 6
                                        

2 listopada 2008 rok

W pomieszczeniu rozległ się głośny dźwięk dzwonka domofonu. Ben podszedł do jego źródła, wcześniej wyjrzywszy przez wizjer, by sprawdzić kto przeszkodził mu w codziennych czynnościach, jakimi na ten moment było wycieranie ścierką mokrego naczynia. Widząc przybysza, jego wcześniejsze żwawe ruchy zwolnily swoje tempo, a włoski na rękach najerzyły się. Po chwili spojrzał porozumiewawczym wzrokiem w strone swojej żony, siedzącej aktualnie na kanapie czytającą wraz ze swoim ośmio letnim synem ich ulubioną poezję. Keith bardzo je lubił, był inny niż reszta dzieci. Rozwijał sie szybko, a normalne książki wyznaczone do przedziału wiekowego chłopca, zwyczajnie uważał za dziecinne. Często pocieszał swoją rodzinę w trudnych chwilach, używając inteligentnych, nowo poznanych słów, by przy okazji jeszcze bardziej zabłysnąć w ich oczach. Oczywiście że znał ich znaczenie, potrafił jak nikt inny dobrać słowa tak, by aktualnie omawianym problemem nie przejmować się przez kolejne miesiące. Matka przerwała czytanie widząc minę ukochanego, po czym bez długiego namysłu chwyciła delikatnie ręke syna i poprowadziła go po schodach w górę. Keith po usłyszeniu dźwieku przekręcanego zamka, zdążył kątem oka zauważyć trzech średnich mężczyzn w garniturach, wkraczających pewnym krokiem do pomieszczenia. Za nimi szedł juz większy, o wiele bardziej muskularny od poprzedników mężczyzna, ubrany dostojniej od reszty. Kobieta zaprowadziła pociechę do jego pokoju.

- Mamo? - zapytał zaniepokojony Keith. Krolia przykucneła przed synem, kładąc dłoń na jego ramieniu.

- Kochanie zostań tu, mamusia zaraz wróci. - odpowiedziała ujmując w ręce twarz dziecka, po czym z czułością ucałowała jego czoło.

Keith czuł jej drżący dotyk na skórze. Matka wychodząc, spoglądneła jeszcze raz na syna. Keith nie mogł odczytać jej spojrzenia, pierwszy raz patrzyła się na niego w taki sposób. Zwykle kobieta była znana ze swojego entuzjazmu, a jej matczyne ciepło sprawiało że chłopiec czuł się bezpiecznie. Tym razem tego brakowało. Ośmio latek zrobił jak mu kazano, lecz nie na długo. Mimo że nie znał powodu zmartwienia swojej matki, był pewien, że nie dzieje się nic dobrego. Postanowił rozpoznac sie w sytuacji.

Sięgnął na palcach do klamki i jak najciszej otworzył drzwi, by nie zwrócić niczyjej uwagi. Już z tego miejsca zdołał usłyszeć ich rozmowy, ale jednak wciąż był zbyt daleko, bo udało mu sie wyłapać tylko pojedyńcze słowa. Zamknął swój pokój i ruszył w stronę schodów. Słyszał melodyjne i ciepłe głosy swoich rodziców i jeden mu nieznajomy, bardzo niski a jednocześnie wyrazisty, musiał należeć do gościa w garniturze. Przykucnąl przy barierce nasłuchując się rozmowie.

- Ze wszystkich osób na świecie, zawiedli mnie najbardziej zaufani mi ludzie, których nigdy bym nie osądził o tak karygodne czyny. - mówił nieznajomy z udawanym przejęciem. - Jak mogliście mi to zrobić? - zapytał już z wiekszą powagą.

Wpatrywał się w milczące postacie stojące przed nimi. Wzdychnął, masując dwoma palcami swoje skronie, po czym skrzyżował ręce na piersi. - Wiecie jaka była umowa. - przerwał trwającą między nimi ciszę. - Podpisaliście kotrakt. - zakończył poprawiając swój bordowy krawat który idealnie wpasowany był kolorystycznie do ciemno szarego smokingu.

- Zarkonie, mówiliśmy Ci, to był sabotaż. - wtrącił Ben pełnym żalu głosem, myślac że zdoła tym załagodzić sytuację.

- Nie chcieliśmy żeby walizka trafiła w ich ręce. - odezwała się Krolia robiąc niepewny krok do przodu, ściągając brwi okazując przy tym skruche.

- Wiem ze byliście informatorami. - zarzucił Zarkon momentalnie po słowach kobiety. - Wiem że przekazywaliście informacje dla drugiej strony
i jestem pewny co do tego że na misji w Australii, ten "wypadek" był totalną bujdą! - podniósł ton głosu zarzucając poczucie winy na parę.

||Reality|| KlanceHistorias para obsesionarse. Descúbrelo ahora