Rozdział 1

31 5 0
                                        

Przeszywający ból głowy przyprawił mnie o mdłości od samego rana, ale mama i tak zmusiła mnie do wyjścia. Dała mi żółte tabletki przeciwbólowe z tamtego wieku i wypędziła mnie z domu, twierdząc, że zaraz spóźnię się na autobus.

— To obciach nie przyjść w pierwszy dzień szkoły! — gderała.
Po części miała rację i trudno było się z tym nie zgodzić. W klasie jest zawsze taka niemota, co siedzi sama i nie może się z nikim dobrać w ławce. A ja, żeby zdać z moim ADHD, musiałem mieć wsparcie umysłowe w postaci jakiegoś kujona, żeby pomagał mi w zadaniach.

A jeśli trafi się wyjątkowa chamówa (a nigdy nie wiadomo), to pozostaje jeszcze ściągać.

Na przystanku nie było lepiej. Na ławce dosiadła się do mnie dziwna starsza pani, która próbowała wcisnąć mi podejrzane cukierki z nadzieniem, ale grzecznie odmówiłem.
— Jestem na diecie — skłamałem.
— Ale te są niskokaloryczne! — zaskrzeczała.
Przez chwilę się wahałem, bo były niebieskie (a ja naprawdę kocham niebieskie rzeczy), ale uznałem, że to zły pomysł.Gdy nadjechał wreszcie szkolny autobus, odetchnąłem z ulgą. Znalazłem wolne miejsce i usiadłem przy oknie. 

 W połowie drogi zaczęło lać. Burzowe chmury zasłoniły słońce, a duże krople deszczu zostawiały smugi na oknie. Uniosła się mgła, ale autobus gnał przed siebie, nie zwracając uwagi na niesprzyjające warunki pogodowe. W głowie miałem pustkę, a przytłaczający ból głowy tylko utrudniał myślenie.

Na następnym przystanku wsiadła dziewczyna z czarnymi włosami upiętymi w długi warkocz. Jej przenikliwe i ciemne jak obsydian oczy przyszpiliły mnie do twardego siedzenia. Poczułem się niezręcznie, gdy usiadła po drugiej stronie autobusu równolegle ze mną. Kątem oka zauważyłem, jak się na mnie gapi. Nie mogłem się oprzeć i też spojrzałem, ale w tym momencie szybko odwróciła wzrok.
Jej wyniosły i nieugięty wraz twarzy ani na chwilę się nie zmienił i szybko oceniłem ją jako surową, zdyscyplinowaną i poważną osobę, rzadko goszczącą uśmiech na swoich ustach. Wiedziałem, że będzie chodzić ze mną do tej samej klasy i zacząłem myśleć o przepisaniu się. Jej obecność już wprawiała mnie w zakłopotanie w autobusie, a co dopiero w klasie, gdzie nie ma się gdzie ukryć.

 Rozpoznałem mój przystanek i wysiadłem, ruszając w stronę szkolnych murów. Wielki, stojący przede mną czteropiętrowy budynek robił wrażenie. Zielone roślinki przy wejściu kojarzyły mi się z przychodnią lub szpitalem, a marmurowy chodnik przyciemniał od deszczu. Obejrzałem się i zobaczyłem idącą w moją stronę brunetkę. Przekląłem i ruszyłem ku wejściu.

Możecie mówić co chcecie. Może to i głupie, że zacząłem uciekać, ale było w niej coś niepokojącego. Od tamtej pory postanowiłem sobie unikać jej tak długo, jak to możliwe.

 Na odnalezienie szatni poświęciłem całe 7 minut i chyba cudem udało mi się dotrzeć do klasy minutę przed dzwonkiem.

Sala była dość spora. Ściany pokrywała błękitna farba, a ciemno-brązowe szafki, krzesła i stoliki kontrastowały z czerwonymi kwiatami, ustawionymi na biurku profesora. Na tablicy wybazgrano jakiś brzydki wyraz, ale nauczyciel nie zdawał sobie z tego sprawy.
— Och, ty jesteś na pewno Percy — powiedział niedbale. Miał na sobie pomarańczowy krawat w zielone kropki, co wyglądało dość komicznie. Włosy tworzyły nieład, a okulary znacznie zmniejszyły mu piwne, roztargnione i nieustannie poruszające się oczy. Nie spodobał mi się ton jego głosu. Widać było, że ma mnie głęboko w nosie.
— Niewykluczone, panie profesorze.
— W takim razie zajmij jakieś miejsce i zaczniemy lekcję organizacyjną.
Bez słowa spojrzałem na wolne ławki. Szybko usiadłem na najdalszym miejscu od biurka koło jakiegoś chłopaka, bo facet miał chyba krótkowzroczność. Następnie zaczął rozdawać plan lekcji (z którego i tak nie dam rady nic odczytać), a ja zainteresowałem się, z kim będę musiał wytrzymać cały rok.
— Hej, jestem Percy.
— Miło mi cię poznać, Percy. Jestem Jason.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Chyba nie chciał, żeby nasza rozmowa się skończyła, bo palnął:
— A więc lubisz chleb?
— Co?
— Nieważne.
Spotkałem się już wieloma dziwnymi facetami, między innymi z bezdomnymi spod mojego bloku, co codziennie zapraszają mnie do picia piwa, ale ten gość przyprawiał mnie o ciarki.

Gdy zadzwonił dzwonek, porozmawiałem chwilę z profesorem o moim planie lekcji, bo miałem problem z odczytaniem go. Miałem pójść do łazienki, ale w progu drzwi do sali zderzyła się ze mną ta dziwna dziewczyna. Udałem, że jej tu nie było.
— Poczekaj.

Serce zaczęło mi walić, nie wiedziałem, co zrobić. Uciekać? Nie, odpada. Pomyśli, że jestem dziwny. Chociaż, czy nie o to mi chodzi? Z głupimi się nie będzie zadawać. Już miałem biec, gdy...
— Jestem Reyna.
Uciekaaaaaaaaaaj. — mówił mi rozum. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, bo zaczęły odwracać się w jej stronę.

— Em, tak, dzięki.
— Masz mnie za idiotkę? — podniosła brew. Nadal patrzyła na mnie tymi przeklętymi oczami. To mnie zaczynało przerażać.
— Ta... to znaczy nie... Dobra. Miło mi. Percy.
Jej oczy zabłysły.
— Mi również jest bardzo miło...

— O, a ty już zacząłeś podrywać dziewczynę? Szukałem Cię.

Cholera. Jason.
Podszedł do mnie i spojrzał na Reynę. Szczęka mu opadła.
— O jacie, nawet nie jest taka brzydka.
Reyna przewróciła oczami. Zacisnąłem zęby.
— Ja jej nie podry...

— Chodź mój nowy kolego, muszę Ci coś pilnie powiedzieć — powiedział. — W cztery oczy! — zerknął na Reynę.
Uśmiechnął się promiennie i odeszliśmy kawałek.
Jego mimika twarzy momentalnie się zmieniła.
— Ona jest moja! Jutro rano. Solówka. Chyba, że się cykasz!


Mam przerąbane.Where stories live. Discover now