1

409 51 51
                                        

Cassie pov
- Pora wstawać! - usłyszałam nad sobą zachrypnięty głos mamy i poczułam lekkie szturchnięcie.

Nie musiałam nawet otwierać oczu, żeby domyślić się, że znowu nie przespała nocy. Odkąd tata do nas wrócił, zdarzało się to bezustannie.

- Już, już... - wymamrotałam.

Nie chciałam dodawać jej kolejnych zmartwień, ale na myśl o tym, gdzie zaraz miałam się udać, moje powieki stawały się pięć razy cięższe.

Usłyszałam westchnienie.

Powoli podniosłam się z łóżka i spojrzałam na mamę.

- Cześć - wysiliłam się na uśmiech - dobrze spałaś?

Gołym okiem było widać jej wory pod oczami i zaczerwienione oczy. Zacisnęłam usta.

- Em...tak kochanie! - odpowiedziała szybko i nieudolnie zatuszowała kłamstwo uśmiechem.

Podniosłam brwi i westchnęłam. Było mi smutno, gdy widziałam ją w takim stanie. Moim zdaniem miała problem, duży problem.

- No... skarbie ubierz się szybko, za dwie godziny musisz być w szkole, bo spóźnisz się na rozpoczęcie - przypomniała i szybko opuściła mój pokój.

Tylko tego mi jeszcze brakowało. Z jednej strony cieszyłam się na myśl, że zakończyłam już beznadziejny rozdział mojego życia. Z drugiej zaś bałam się, że ten który rozpoczynam, okaże się jeszcze bardziej beznadziejny. Nie chciałam powtórki z poprzednich lat. Musiałam świadomie zdecydować, komu mogę zaufać.
Jedyną pociechą była myśl, że nie będę musiała oglądać już więcej na szkolnym korytarzu Madison. Madison szczerzącej się tym swoim sztucznym uśmiechem do wszystkich na około.

- Już czas, najwyższy czas... - ziewnęłam przeciągle.

Jednak wcale nie czułam, że był już czas. Nie czułam się w najmniejszym stopniu gotowa. Po ostatnich dwóch latach nie czułam się na nic gotowa.

- Okej, uspokój się już - skarciłam się w myślach - zaczynasz wszystko od nowa. Powinnaś się cieszyć!

Właśnie, powinnam... to dlaczego jednak się nie cieszę?

Wstałam z łóżka nie czekając na własną odpowiedź, stanęłam przed lustrem i przeczesałam poplątane kasztanowe włosy.

- Cassie, jak tam? - mama zawołała mnie z kuchni - nie słyszę cię!

Przewróciłam oczami.

- Już niedługo będę gotowa! - odkrzyknęłam.

Mój wzrok padł na ubrania przewieszone przez krzesło. Sięgnęłam po nie niechętnie i po chwili miałam na sobie długą kraciastą spódnicę oraz białą koszulę.

- Nie tak źle... - mruknęłam.

Później już tylko umyłam zęby, przetarłam twarz wacikiem namoczonym w toniku i pociągnęłam usta owocowym błyszczykiem. Chwyciłam torbę i byłam gotowa.

- Możemy jechać! - zawołałam zbiegając po schodach.

Zero odpowiedzi.

- Jestem już gotowa! - powtórzyłam.

Zeszłam ze schodów i już wiedziałam, czego się spodziewać.

- Cassie, skarbie - zaczęła mama - yy... tatuś jednak cię nie odwiezie, musisz złapać autobus.

Wypuściłam powietrze.

- Dobrze, w porządku - odparłam siląc się na spokojny ton. To nie była przecież jej wina.

Wyszłam z domu bez pożegnania i udałam się na przystanek autobusowy. Spojrzałam na rozkład.

- Cholera... osiemnaście minut - sapnęłam. Teraz musiałam tylko czekać.

Dotarło do mnie wtedy, jak strasznie stresowałam się pierwszym dniem w liceum. Poprzednia szkoła była całkowitą porażką. A to oczywiście za sprawą mojej byłej przyjaciółki, Madison Berger.

Na samo jej wspomienie wzdrygnęłam się.

Na początku byłyśmy prawie nierozłączne. Tak jak każdy miała swoje dziwadztwa, ale nie przeszkadzało mi to szczególnie. Do czasu. Miała świra na punkcie swojego chłopaka, Murph'ego Todda i nie dopuszczała do siebie wiadomości, że przeszło mu zainteresowanie nią. Za to interesował się mną.

A ja nim.

Było mi głupio, ale jak mówią, serce nie sługa. Murphy próbował zerwać z Mad, ale ta wpadała w histerię za każdym razem, gdy zaczynał temat. Miałam tego dość.

Pewnego dnia wygarnęłam jej wszystko, co o tym sądzę i zawiadomiłam ją, że ja i jej pseudo chłopak spotykamy się. To był błąd. Każda historia ma dwie wersje, a w tym przypadku większość szkoły nawet nie poznała mojej, bo przecież tamtą wygłosiła Wielka Madison. Później na każdym kroku słyszałam tylko o Cassie rozbijaczce związków, czy o Cassie, która weźmie każdego. Niestety nie skończyło się tylko na tym. W ciągu paru dni stałam się kozłem ofiarnym, którego wszystkim tak brakowało. Po jakimś czasie zapomniano o Murphym, szydzono ze mnie po prostu w każdej sytuacji i z każdego powodu. To wszystko niewątpliwie będzie na mnie oddziaływać jeszcze na długo.

Teraz miałam szansę zacząć wszystko od nowa. Nikt mnie nie znał, ale i tak czułam się jakby każdy wiedział kim jestem i miał prawo do nabijania się ze mnie.

Ale przecież nie wszyscy są tacy, jak tamci ludzie. Czemu nie umiem tego zrozumieć?

Ze stanu odrętwienia wyrwał mnie autobus, do którego od razu się rzuciłam. Ostatnią rzeczą, której teraz chciałam było spóźnienie.

Mieszkałam w małym miasteczku, więc autobusem jechałam aż pół godziny.

Padał deszcz. Z nudów rozejrzałam się po przepełnionym autobusie. Moje spojrzenie przykuła grupka chłopaków, którzy śmiali się na tyłach. Przyjrzałam się im. Byli ubrani w identyczne kurtki. Stwierdziłam, że do przeciętnych zdecydowanie nie należą. Chyba zagapiłam się na nich, bo po jakimś czasie jeden wskazał na mnie ruchem głowy mówiąc coś do reszty. Teraz cała czwórka wpatrywała się we mnie. Spłonęłam rumieńcem i odwróciłam wzrok. Ale wstyd.

Gdy dojechaliśmy, z przerażeniem zauważyłam, że wysiedli na moim przystanku. Tuż przed szkołą. Super.

Odczekałam chwilę, rozejrzałam się po okolicy i powoli, wręcz ociężale, powlokłam się do budynku.

Czysta kartaStories to obsess over. Discover now