1.

285 12 2
                                        

Dla tych wszystkich, którzy odeszli zbyt wcześnie.

- Chłopaki, ja rozumiem co czujecie. Sam przecież przeżywam to samo, ale wiem, że on nie chciałby naszego smutku. Proszę, choć dzisiaj ciężki dzień, postarajmy się być szczęśliwi. - Rozległ się głos Onew, a pozostała trójka chłopaków przytaknęła.

Minął już ponad rok od straty przyjaciela, lecz okres świąteczny szczególnie dotkliwie dał się im we znaki. Monotonne 371 dni pełne pustki oraz czyjegoś braku przeminęły i zostały brutalnie przerwane przez dzień pełen wspomnień wypełnionych smutkiem i rozpaczą.

Nieznośna świadomość tego, że kogoś wśród nich brakuje i to nie z powodu spóźnienia przez korki lub mróz, przypominała o sobie aż za bardzo.

We wciąż panującym milczeniu zajęli swoje miejsca przy stole, niemrawo rozpoczynając dziubanie w talerzach. Żadnemu z nich nie spieszyło się do jedzenia, gardło jakoś tak samo się ściskało, jakby mówiło stanowcze "nie" jedzeniu, a żołądek przechodził szaloną bitwę morską jak na wzburzonym oceanie. Nikt z nich się nie odzywał, nie próbował nawet zagadywać. Krępująca cisza wypełniała pomieszczenie.

Lider spojrzał na swoich przyjaciół, a widząc ich miny i wzrok wbity w puste krzesło zrozumiał, że tak samo jak on nie mają najmniejszej ochoty na zjedzenie tego, co stało w półmiskach bądź leżało na ich talerzach. Spuścił wzrok na swój, po chwili odkładając sztućce, które dźwięcznie uderzyły o naczynie, czym też zwróciły uwagę chłopaków.

Wstał powoli, jakby najpierw niepewnie, po chwili patrząc na nich wszystkich.
- Chodźcie. Nie damy rady zjeść, ale mam inną propozycję. - Rzekł, po czym odszedł od stołu. Przyjaciele spojrzeli na siebie, po chwili wstając, udając się w jego ślady i znikając w salonie.

Na kanpie, gdzie usiadł najstarszy, leżało kilka albumów ze zdjęciami. Cała trójka usiadła obok siebie, jak najbliżej lidera, który otworzył pierwszy z nich. W pierwszej chwili na twarzach całej grupy rozjaśniał szeroki uśmiech. Trzy pierwsze zdjęcia przedstawiały ich pierwszy koncert, dziesięć i pół roku temu. Takie chwile zwsze dobrze zostają w pamięci, zwłaszcza, jeśli utrwali się je na zdjęciach. W tym przypadku nie było inaczej.

Na zdjęciach wszyscy byli młodsi, mieli inne fryzury, może też rysy twarzy. Minho spostrzegł, że Taeminnie wyglądał prawie jak dziecko, na co każdy (oprócz urażonego Minniego) zaśmiał się cicho.

Oglądali te zdjęcia i tak jakoś wspominali, a słowa ich ostatniej piosenki same z siebie zaczęły płynąć z ich ust.

I nagle pauza. Partia nienależąca do żadnego z nich. Znowu pustka opanowała ich wszystkich, jednak jeden z nich ją przerwał.

Z ust najmłodszego wyleciały nieśmiało pierwsze słowa, a kiedy pozostali zaczęli się włączać każdy z nich śpiewał coraz śmielej.

Wreszcie cztery współgrające ze sobą głosy wypełniły całe pomieszczenie, tak jakby czas przestał płynąć, a wszystko dookoła zatrzymało się. Byli tylko oni, myślący wspólnie o jednej, tak cholernie ważnej dla nich osobie, dla której razem musieli być silni, pomimo wszystko, wbrew sobie i wszystkim. Mimo, że jego nie było, oni wiedzieli, że muszą dać radę.

Łzy zabłysnęły w ich oczach, same z siebie niekontrolowanie zaczęły moczyć policzki, ale śpiewali dalej. Nie chcieli przerywać tej chwili.

Ostatnie słowo, ostatni dźwięk, ostatnia nuta. Moment ciszy, po czym cała czwórka, jak na zawołanie objęła się, mocno tuląc do siebie i wybuchając szlochem niczym u małego dziecka.

I siedzieli. Siedzieli tak w czwórkę, powtulani w siebie nawzajem. Znowu paleta emocji rozbrysła w ich umysłach, tworząc wielobarwny kocioł myśli, wspomnień i uczuć, który tylko oni nawzajem rozumieli.

Może to i nawet lepiej, że zostawało to w ich zamkniętej strefie, bez możliwości dostępu do niej przez kogokolwiek innego?

- Zbliża się wieczór. - Rozległ się cichy szept Minho, który przerwał już bardzo długie milczenie.

Oczy grupy skierowały się za okno, na niebo, gdzie powoli zaczynały pobłyskiwać pierwsze gwiazdy.

Jedna z nich była im bardzo dobrze znana. Nie wiedzieli dokładnie która, ale byli pewni, że świeci i mruga do nich, aby dać im znak, że jest z nimi cały czas, nawet jeśli go nie widzą. W tym momencie każda gwiazda była im przyjazna i każda mogła być jego. Tak, jakby pięć tysięcy jego uśmiechów rozbłyskało teraz nad nimi na nieboskłonie.

- Zrobiliście to, o co prosiłem? - Spytał najstarszy, spoglądając na swoich towarzyszy, z czego każdy skinął głową.

Już po niedługiej chwili cztery listy, przypięte na sznureczkach do czterech białych baloników, popłynęły gdzieś daleko i bardzo wysoko, prędko, do niego, aby przesłać mu choć symboliczny gest, że pamiętają i nie zapomną, bo zapomnieć nie chcą.

Nie zapomną.

Białe róże {SHINee}Stories to obsess over. Discover now