Ułuda Karmazynu

27 4 0
                                        

    Za zamkniętymi drzwiami szklanego pomieszczenia na najwyższym piętrze wieżowca Iron Tower przy Valencia Street odbywała się burzliwa rozmowa, mająca na celu przedstawienie alibi Vincenta Broghla. Kłócił się on z Garrym Fernsem o rzekome spowodowanie porażki napadu na kartel narkotykowy poprzedniego dnia. Garry twierdził, iż Vincent zawalił w kwestii przekazania danych o liczbie przeciwników, znacznie ją uszczuplając, jednak Vincent zarzekał się o swojej racji oraz późniejszym wezwaniu posiłków przez ludzi kartelu. Gdyby porażka Vincenta okazała się prawdziwa byłby on winien śmierci dwudziestu czterech współpracowników, za co również straciłby zapewne głowę. Oskarżeniom przysłuchiwała się beznamiętnie Kero, siedząc za biurkiem z założonymi rękami i wzrokiem wbitym w sufit. Jasne oczy wydawały się jeszcze bardziej przerażające wzniesone ku niebu, odcinając się od czerni i bieli tatuażu na wzór szkieletu. W końcu skierowała lodowaty wzrok na podwładnych. Zmierzyła ich dokładnie od stóp do głów.
    - Vincent, możesz iść. Garry, zostajesz. - oznajmiła suchym głosem, ze wschodnioamerykańskim akcentem. Jej wyraz twarzy pozostawał niezmienny.
    Vincent posłusznie skinął głową i opuścił pomieszczenie. Gdy tylko ciężkie kuloodporne drzwi się zamknęły pojawiła się na nich krwista plama. Ciało Fernsa opadło na dębowy parkiet. Kero zdmuchnęła dym z końca lufy pozłacanego magnum. Odłożyła broń na blat i nacisnęła przycisk telefonu. Natychmiast zjawiła się ekipa sprzątająca i w przeciągu dwudziestu minut po Garrym Fernsie nie pozostał nawet włos. Obróciła się na fotelu i spojrzała na poranną, wrześniową panoramę San Francisco.
    W ciągu dwóch dni straciła dwadzieścia pięć osób. W sumie nijak to się miało do całkowitej ilości jej podwładnych, ale jednak nieco uszczupliło szeregi. Nieudane przejęcie kolumbijskiej marihuany mogło jej zaszkodzić, a z pewnością było skazą na dobrym wizerunku najpotężniejszej grupy przestępczej San Francisco. No, jednej z dwóch najpotężniejszych.
    Herre oraz Deities były uważane za dwie mafie o największych szansach na przejęcie władzy nad handlem w San Francisco. Herre z Kero u szczytu, Deities z Defectem. Defect to jakże trafny pseudonim odwiecznego rywala Kero. Otóż rzeczony Defect pomimo swego niesamowitego uroku osobistego cierpiał na heterochromię tęczówek oraz miał niesamowicie krzywe uzębienie, przez co skazany był na aparat ortodontyczny. Nie ujmowało mu to na wyglądzie, o ile nosił okulary przeciwsłoneczne i nie uśmiechał się zbytnio. Kero natomiast uśmiech miała perlisty, oczy zimne jak najbardziej skute lodem tereny Arktyki, a jej jedyna wada w wyglądzie to brak możliwości zobaczenia prawdziwego koloru skóry z powodu kościanego tatuażu na całym ciele. Wyglądała jak chodzący szkielet w brązowo-czarnej peruce. Nie było to zbyt korzystne dla kogoś, kto rządził podziemiem metropolii, ale Kero miała na tyle brawury, że znało ją całe miasto, ale nikt nie był w stanie nawet określić jej pochodzenia. Wiedziano o niej tyle, że była zabójcza i miała pseudonim Kero.
    Z rozmyślań na temat kurczących się zasobów mięsa armatniego wyrwał ją dzwonek telefonu. Włączyła tryb głośnomówiący.
    - Kto dzwoni?
    - Nie mów, że się mnie nie spodziewałaś, Rosemary. Nasłałaś płatnego zabójcę na mojego człowieka. - Rozległ się głęboki głos po drugiej stronie słuchawki.
    - Nie wiem o czym bredzisz, Gabriel. Sądziłam, że znasz mnie na tyle, by wiedzieć, iż nie zniżam się do tak pozbawionych wyrazu czynów. - Rzuciła z lekkim poirytowaniem Kero. Jej rozmówca na chwilę zamilkł.
    - Cóż, obecnie jest to dla ciebie korzystne rozwiązanie. Jeśli jednak nie ty pozbyłaś się mojego informatora to oznaczałoby kolejny atak Miracle.
    - Skąd mam wiedzieć, że nie pracuje dla ciebie, skoro tak łatwo przychodzi ci wplatanie go w nasze zatargi?
    - To samo pytanie mógłbym wystosować w odniesieniu do twoich poczynań.
    - Czasami myślę, że twój aparat ortodontyczny to nie jedyny powód noszenia pseudonimu "defekt". - zauważyła zgryźliwie Kero. Jej rozmówcą był oczywiście boss Deities.
    - Czasami myślę, że i tobie by pasował.
    Kero się roześmiała.
    - Bawi mnie twoja krótkowzroczność. Właśnie przez nią nigdy nie wygrasz naszego wyścigu. To ja zdobędę władzę nad handlem San Francisco.
    - Wracając. Twierdzisz więc, że mój informator nie zginął z twojego nakazu?
    - Jakże by inaczej.
    - Zatem to kończy naszą konwersację.
    W słuchawce rozległ się sygnał zakończonej rozmowy. Kero nie odwróciła wzroku od ściany, na którą patrzyła przez całą wymianę zdań. Wisiała tam tablica korkowa, a na niej przypięte materiały w sprawie seryjnego mordercy o pseudonimie Miracle.
    Zazwyczaj z jego ręki ginęli ludzie ważni w obligacjach miejskich, takich jak handel czy służby. W efekcie o swoich członków drżały zarówno grupy inwestycyjne jak i policja. Dotyczyło to również miejskiej mafii, której członkowie od czasu do czasu stanęli na drodze Miracle. Pseudonim tego zabójcy stanowił napis na pistolecie, który zobaczyła jedna z jego ofiar. Po kilkunastu atakach zapewne chciał oznajmić światu o swojej obecności, więc puścił wolno pewnego serdelkowatego szefa korporacji. Ten pobiegł na najbliższy posterunek policji i wyśpiewał historyjkę swojego porwania, życia na włosku oraz zdobionej broni z napisem "Miracle". Na drugi dzień zwłoki faceta znaleziono w rynsztoku z wyłupionymi oczami oraz odciętym językiem. Do tej pory nie znaleziono niczego, co mogłoby wskazać tożsamość mordercy.
    Rozegło się pukanie i Kero przeniosła wzrok na postać stojącą za szklanymi drzwiami.

Closed HeavenWhere stories live. Discover now