Never click suspicious links
Reminder: Wattpad will never ask for passwords, payment information, or other sensitive account security details.

Początek

126 8 7
                                        

"Na ziemi rządziły dwie rasy, ludzie i potwory.
Między nimi panował sojusz. Istna harmonia. Obie rasy były dla siebie miłe, wspierały się nawzajem, byli po prostu szczęśliwi.
Lecz to trwało tylko kilkanaście lat. Ludzie zmienili się. Stali się źli, władczy oraz samolubni.
Nie spodobało im się życie ze stworami. Pragnęli wojny. Wyplenienie drugiej rasy, wybicia ich, co do jednego.
Mimo błagań potworów, wojna rozpoczęła się tego pamiętnego poniedziałku. Rasy podzieliły się na dwa obozy. Każda ze stron miała świetnych wojowników, strategie jak i szyk bojowy.
Można było pomyśleć, że trenowali to przez całe życie. Jakby spodziewali się tego, co nastanie.
Do bitwy doszło pięć dni później. Do tego czasu zapanował głód. Nikt nie zajmował się polem, a żołnierzy, którzy musieli mieć siłe, było wiele.

Tak czy owak, po wielu stratach z obydwu stron, wygrali ludzie. Mimo próby dogadania się ze strony potworów, zagonili ich na górę Ebott, prosto do podziemi.
Aby nie uciekli, użyli zaklęcia, tworząc prawie niezniszczalną barierę. Przez lata owa rasa tkwiła tam, nie dając o sobie znaku życia.
Przez ten czas, kilkoro śmiałków zeszło do królestwa podziemi. Jednak ślad po nich zaginął. Tak i o to, powstała legenda. Głosiła ona, że kto wespnie się na górę Ebott, już nigdy nie wróci."

Biegła, ledwo trzymając się na nogach. Jakby na złóść, na drodze potykała się o różne patyki czy kamienie.
Jeżeli upadła, nawet kiedy bolało jak diabli, zawsze wstawała i biegła dalej. Tak, jakby nic się nie stało.
Nie mogła sobie pozwolić na zatrzymanie się.
Nadal czuła ich spojrzenia na sobie. Poczuła, jak znów zaczynają jej piec oczy. Ponownie kilka łez wypłynęło, sprawiając, że obraz lekko się zamazał.  Jednak nie zatrzymała się.
Trwało to bowiem kilka sekund. Taka chwila słabości. Każdemu się zdarza. Obraz wrócił do normalności, a oczy przestały boleć.
Musiała ich zgubić. Po raz kolejny poczuła się jak na polowaniu.
Jednak to ona była zwierzyną. Brakowało jeszcze, aby goniący ją ludzie mieli karabiny i strzelali do nich. Lecz oni mieli coś gorszego. Tak zwany GPS. Pokazywał on lokalizacje dziewczyny. A to wszystko przez stalową branzoletkę z czerwonym śwatełkiem, który ciągle migał owym kolorem. Jak zawsze trochę za mocno uciskała jej skórę. Jednak nie na tyle, aby krew w żyłach mogła spokojnie płynąć.
Nagle ją olśniło. Nadal biegnąc przyjrzała się przedmiotowi na jej lewym nadgarstku. Po chwili znalazła małą klapę, którą natychmiast otworzyła rzucając ją gdzie w krzaki.
Po spodem znalazła cztery kable. Biały, zielony, żółty oraz niebieski. No to trzeba mieć niezłego pecha. Nie dość, że nie wie który przeciąć, to na dodatek nie ma czym. Wiedziała jednak o jednym. Jeżeli wybierze źle, porazi ją prąd, o mocy pioruna.

Cóż, trzeba zaryzykować. Doskonale wiedziała, że zaniedługo padnie ze zmęcznia, a oni ją złapią. Co do ryzyka śmierci... wolała to nić męki.
Po za tym, nie mieli jak ją wskrzesić. Nie posiadali takiej technologi.
Nie zamyślając się zbyt długo, używając zębów przegryzła biały kabel.
Biegnąc czekała na to co się stanie. Była gotowa na wszystko co mogłoby się zdarzyć. Nawet na śmierć.
Jednak, zamiast uderzającego prądu przeszywającego jej całe ciało... branzoletka otworzyła się wypuszczając jej nadgarstek.
Błyskotka spadła na trawę. Teraz GPS był bezużyteczny.
Uśmiechnięta dziewczyna poczuła determinację.
Dzięki niej miała siłę na przyśpieszenie, tym samym gubiąc pościg. Biegła slalągiem między drzewami.
Po kilku minutach uczucie, że ktoś ją obserwuje zniknęło całkowicie. Zastąpiło to ogromne zmęczenie.

Zwolniła. Nawet nie zauważyła, kiedy weszła na sam szczyt jakiejś góry.
Nie zwracając na ogromny otwór na samym środku, usiadła na kamieniu który znajdował się na samej krawędzi. Spojrzała na krajobraz w okół nieum to miejsce było piękne. Żadnych miast, tylko las i góry. Sama natura.
Jednak nie mogła zostać tutaj dłużej. Postanowiła tutaj tylko zatrzymać się, aby zebrać siły, na dalszą podróż. Oni pewnie nadal jej szukają. Myśląc o tym, czuła, że z każdą mijającą chwilą nabierała sił.
Jedynym problemem było jedzenie. Uciekając z tamtego miejsca, nie zdąrzyła się spakować. Nie była to jej wina, gdyby nie uciekła od razu, na pewno by ją złapali.
Nie chciała sobie wyobrażać, jaka kara ją czeka, za to co zrobiła. To na pewno byłoby straszne.
Po kilku sekundach mogła wyruszać dalej. Wstała więc z dość wygodnego kamienia. Spojrzała ostatni raz w stronę, z której tutaj przybyła. Nie widziała nic, prócz drzew. Może jednak dali sobie spokój? Nie możliwe, była dla nich zbyt cenna.
Więc gdzie oni są?
Zerwał się potężny wiatr. Był taki nagły, że dziewczyna nie zdąrzyła złapać się czegoś, bądź chociaż zrobić cokolwiek. Podmuch wiatru popchnął ją gwałtownie w prostu do czeluści wyrwy. Dziewczynie znów zbierało się na płacz. Nie mogła wytrzymać.
Ledwo uciekła od śmierci z rąk tych okropnych ludzi, a teraz znów walczy o życie. Tym razem nic nie mogła zrobić. Po prostu spadała coraz głębiej w ciemność.
Zamknęła więc oczy czekając na spotkanie z podłożem. Wiedziała już, że tak musiało być. Od śmierci nikt nie ucieknie. Ona najwyraźniej miała umrzeć tego dnia. Obojętnie w jaki sposób, po prostu odejść z tego świata. A jedyne czego chciała to szczęśliwego i spokojnego życia. I co ma w zamian za jej dobroć?
Ciągłą ucieczkę i balansownie na krawędzi.
Po chwili jej ciało uderzyło ze zdwojoną siłą w trwardą ziemią. W tym samym czasie poczuła straszliwy ból oraz usłyszała chrupnięcie którejś z jej kości. Chciała krzyknąć, lecz jedyne co się z niej wydobyło to ledwo słyszalny jęk.
Momentalnie straciła głos. Zgięła się w pół zadając sobie przy tym jeszcze więcej bólu. W duchu krzyczała, błagała o pomoc, robiła to, czego fizycznie teraz nie mogła.
Jej język i struny głosowe ciągle odmówiały posłuszeństwa. Dziewczyna leżąc tak bezwładnie, czekała na śmierć. To było jej jedyne zbawienie. Jedyne wyjście. W końcu...
Kto mógłby jej pomóc? W takiej dziurze nikogo nie ma. A gdyby jednak ktoś tu był, nikt by jej nie znalazł. Nie mogła zawołać o pomoc. Dać znać o tym, że tu jest.
Mogła więc tylko leżeć i czekać.
Po kilku minutach agonii ból powoli znikał. Wiedziała co to oznacza. Nareszcie miała odejść z tego świata. Uśmiechnęła się lekko i zamknęła oczy czekając na koniec jej nędznego życia. Zanim odpłynęła, przeszła jej przez głowę jedna myśl. Dlaczego ona? Nigdy nikogo nie zraniła, nie zrobiła niczego złego.
Zdziwona dziewczyna usłyszała czyjeś kroki, zmierzające w jej stronę. Pomyślała, że to pewnie któryś z goniących jakoś tu zszedł. Skuliła się w kulkę zaciskając powieki. Znowu się bała.
Jednak nikt jej nie uderzył. Nie kopną. Nie zrobił krzywdy.
Tajemnicza osoba przykucnęła obok niej. Przyglądając się jej mówiła coś cicho. Dziewczyna nic nie zrozumiała. Zupełnie jakby mówiła w obcym, nie znanym jej języku. Osoba bardzo delikatnie wzięła ją na ręcę poczym zwróciła się ku wielkim, fioletowym wrotom. Za nimi znajdował się kolejny ciemny pokój oraz drzwi. Dziewczynie powoli same zamykały się powieki. Znów poczuła zmęczenie. Czując, że może zaufać osobie odpłynęła do świata snów.

Wyspana, dziewczyna otworzyła oczy. Pierwsze co zobaczyła to... żółta ściana. Skrzywiła się. Ten kolor coś jej przypominał, nie były to miłe wspomnienia.
Czyżby to wszystko był sen? Przez myśl przeszło jej, że znów znajduje się w jej malutkim pokoju, o tego koloru ścianach. Podniosła się powoli do pozycji siedzącej. Rozejrzała się po pomieszczeniu. To nie był jej pokój. Nie było tu jej półki na książki, ani okna z widokiem na sad. Tutaj nie znjadowało się prawie, że nic.
Dziewczyna była zmieszana.
Co tu się stało? Gdzie ona jest?
Wstała z wygodnego łóżka i stanęła na jasne panele.
Rozciągnęła się ziewając przy tym.
W głowie miała wiele pytań.
Ile ona spała? Kilka minut? Godzin? Dni?
Tak czy owak, czuła się o wiele lepiej. Nic ją nie bolało. Mogła też swobodnie poruszać każdą częścią ciała. Nie wiedziała jak to możliwe, przecież spadła z bardzo wysoka.
Ta cała sytuacja była strasznie dziwna. Przyjrzała się jej dłoniom. Wszystko było w porządku. Stalowa branzoletka zniknęła. Jedyne co się zmieniło to to, że na lewej ręcę miała zawiązany bandaż. To pewnie nic poważnego. Upewniając się, że wszystko u niej w porządku przyjrzała się pokojowi. Oprócz łóżka i solidnych, drewnianych drzwi nie było tu kompletnie nic. Żyrandolu, ani okna. Co teraz powinna zrobić?

> czekać
> wyjść/uciekać

JOIN|DistricttaleOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz