Pierwszy, miejmy nadzieję, że nie ostatni.

762 90 26
                                        

Nie, nie, nie, nie, nie! Niech to szlag!
Biegnij, szybciej. Zignoruj palący ból mięśni, brak powietrza w płucach. Przyspiesz, goń, pędź, podkręć tempo, bo za chwilę może być już za późno. Bo możesz go już więcej nie zobaczyć. 

Zraniłeś go, wiesz? Tak cholernie zraniłeś. Absurdalnie głęboko. Na Boga, w którego już dawno przestałeś wierzyć, dlaczego? Nie wiesz sam, prawda? Byłeś wściekły, ale to nie to. Byłeś szczęśliwy. U boku tej kobiety. Szkoda, że to było tylko złudzenie. Dawała Ci to, czego potrzebowałeś po stracie jego, więc teoretycznie powinieneś ją zostawić w chwili, kiedy on wrócił. Dlaczego tego nie zrobiłeś? Ah, tak. Nie chciałeś, aby cierpiała. Przywiązałeś się do niej. Uwierzyłeś, że ją kochasz. Jesteś idiotą. Jedyny człowiek, którego pokochałeś stoi właśnie na krawędzi, załamany. I tylko ty możesz go powstrzymać. 

Szybciej!

Teraz płaczesz, targa Tobą rozpacz i jedyną rzeczą, której pragniesz, to móc wciąć go w ramiona. Bezpiecznego. Schować głowę w jego kark, wdychać zapach jego wody kolońskiej, błądzić palcami po jego plecach. Dotykać, całować, obiecywać, zapewniać, błagać, czuć.
To już tutaj, widzisz go. Jego płaszcz powiewa na wietrze, niesforne kosmyki włosów tańczą na twarzy. Znów tutaj. Już to znasz. To już było. Już raz skakał. Nie pozwól mu tego powtórzyć. Nie trać go. Wbiegasz do budynku, popychasz wszystkich, który stają ci na drodze. ich krzyki są stłumione, nie słyszysz. 

Szybciej.

Przewracasz się na schodach, uderzasz łokciem twardy stopień. Nie boli. Ból przyjdzie później.

Biegnij.

Widzisz drzwi. Popychasz je i czujesz chłód na swojej twarzy. Od razu go zauważasz. Oddychasz ciężko, nabierasz łapczywie powietrze, dławisz się nim. Nie. Nie zatrzymuj się.

- Sherlock. - podbiegasz do niego, odwraca się. Widzisz łzy na jego policzkach. Drżenie kończyn. Rozpaczliwe wołanie o pomoc w oczach. Obwiniasz się. 

- John. - przez moment wydaje ci się, że chce do ciebie podejść, ale nie. Zostaje na miejscu. Tylko jego ręka nieznacznie podnosi się w twoją stronę. To boli. Robi ci się słabo i dociera do ciebie. Dlaczego właśnie teraz, kiedy może być już za późno? Dlaczego przyznajesz się do tego, teraz, gdy możesz go stracić? Czemu widzisz dopiero teraz, że to miłość twojego cholernego życia?

- Proszę. Nie rób tego. - padasz na kolana, chowasz twarz w dłoniach. I choć chciałbyś patrzeć mu w oczy, nie możesz. Nie potrafisz znieść na sobie ciężaru jego spojrzenia. - Nie zostawiaj mnie samego, nie chcę więcej. Już raz umierałeś i pozwoliłeś mi żyć bez siebie przez dwa lata. Dwa pieprzone, ciężkie lata. Prosiłem o jeden cud. Żebyś żył. Teraz proszę o kolejny. Nie umieraj. Żyj dla mnie. Żyj ze mną, Sherlocku.  - nie słyszałeś, kiedy zszedł z krawędzi. Nie słyszałeś też, kiedy do ciebie podchodził. Poczułeś rękę na swoim ramieniu. Podnosisz wzrok. Jest blisko. Bezpieczny. - Kocham cię, Holmes. Jak nikogo wcześniej. - szepczesz. Unosi delikatnie twój podbródek, wasze oczy znajdują się na tej samej wysokości. Widzisz iskierki w jego oczach. Uśmiecha się. 

- Ja ciebie też, John. - obejmuje cię. Ogarnia cię dzika euforia. Mógłbyś teraz go złapać i biec, tak daleko, jak to możliwe. Żeby już nikt nie mógł was rozdzielić.

Wiesz, że wszystko się zmieni. I nic już nie będzie takie samo, ale na pewno będzie dobre. Bo będziesz miał przy sobie swojego detektywa. Bo w końcu będzie z tobą człowiek, którego kochasz. 

Still BelieveWhere stories live. Discover now