18 czerwca 1886r.

14 2 0
                                        

Moje oczy z rozkoszą spoglądały na najcenniejsze dzieło Leonarda Da Vinci. Kobieta umiejscowiona w centrum obrazu nosiła ciemne szaty, a jej długie włosy opadały delikatnie na plecy. Wzrok miała wwiercony w obserwatora. Niezaprzeczalnie wzbudzała podziw, wielu krytyków sztuki stwierdziła, iż jest to najlepsze i najbardziej rozchwytywane dzieło Da Vinciego.
- Piękne. -Vincent skwitował mój zachwyt obrazem.
- Myślę, że do opisu tej twórczości można użyć bardziej konsekwentnych słów. - Podniosłam dłoń wyżej — Widzisz to cieniowanie ? Jest fenomenalne, farby rozpływają się w idealnej sekwencji.
- Tak, kolory są świetnie dobrane.
- Nie mogę się doczekać, aż trafi do kolekcji mojego ojca. Codziennie przed śniadaniem będę napawać się widokiem tego portretu.
- Kuzynko, musisz trochę odpuścić. Jeszcze trochę a obraz ci się znudzi.
- Nawet tak nie mów! - podniosłam ostrzegawczo palec w kierunku Vincenta - to jest niemożliwe.
- Spokojnie. W takim razie, żeby wrazić moją skruchę za urażenie twojego wizerunku jestem skłonny stwierdzić, iż jeśli Leonardo miałby okazję namalować swój ostatni portret, byłabyś to ty. Taki trochę hołd dla najwierniejszego fana. - prychnęłam krótko i podniosłam przód sukni, odwróciłam się i ruszyłam w kierunku holu. - Adeline, czekaj. Mówię naprawdę.
- Wiem.
- To dlaczego się obraziłaś?
- Bo jesteś kompletnym dupkiem Vincencie. - Dałam mu delikatnego kuksańca w żebra i uciekłam szybko.
- Ejj!
Vincent. Mój najbliższy kuzyn, od małego spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Mimo jego książęcego pochodzenie nie muszę trzymać przy nim ścisłych reguł społeczeństwa. Zasada trzech metrów czy inne głupstwa uchodzą przy nas płazem. Mimo jego usytuowania życiowego był człowiekiem radosnym, kochającym, wyrozumiałym, i nietraktującym kobiet przedmiotowo - Jego przyszła żona będzie prawdziwą szczęściarą. No właśnie żona. Ożenek Vincenta miał odbyć się w przyszłym miesiącu. Nie mały posag i przyjaźń ojca Vincenta z szanownym hrabią - tak właśnie mój kuzyn miał wyjść za kobietę, której nawet nie widział na oczy.

- Addie, czekaj! - Chłopak krzykną za mną, jednak ja biegam przed siebie nie myśląc się zatrzymać. - Addie!

Pędem wbiegłam do biblioteki, zamknęłam za sobą drzwi i schowałam się pod starym drewnianym sekretarzykiem. Vincent wyparował do pomieszczenia.
- Addie, proszę wyjdź -powiedziawszy to podniósł odprawioną w skórę książkę z podłogi - Mój ojciec będzie zły, jeśli spóźnimy się na kolacje.
Brunet podszedł do dużego okna na końcu biblioteki. Kiedy usłyszałam, że kieruje się w coraz dalsze części czytelni, wymknęłam się spod biurka i ruszyłam cicho w stronę drzwi. Ich ciche stękniecie podkreśliło moją niewybaczalną ucieczkę. Szybkim krokiem szłam w stronę bawialni.
- Panienko Adeline. - podskoczyłam słysząc kobiecy głos za moimi plecami -Panienka Vivianne, Pani szuka.
- oh, dziękuję Marleen za przekazanie wiadomości. - położyłam dłoń na barku drobnej blondynki - jednak proszę przekazać Vivianne, że w tej chwili jestem śmiertelnie zajęta.

- Oczywiście - służka dygnęła delikatnie przede mną i ruszyła dalej ciemnym korytarzem.

- ADDIE! - Kątem oka widziałam ciemna sylwetkę kuzyna biegnącego w moim kierunku, ruszyłam przed siebie pędem omalże gubiąc zdobione pantofle. Skręciłam ostro w prawo, w lewo i na końcu znów w prawo, aż wreszcie dotarłam do wyznaczonego miejsca. Nim otworzyłam wielkie drewniane drzwi ułożyłam delikatnie koka, który podczas szalonego biegu utracił swój nienaganny kształt, wyprostowałam zagięcia sukni i nacisnęłam mosiężną klamkę.

- Witaj, Adeline. - powiedział mój wuj spoglądając na mnie z dezaprobatą.

- Proszę mi wybaczyć za spóźnienie, niestety dalej nie mogę odnaleźć się w tak wielkim domostwie wuju - Kelner wskazał mi moje miejsce na końcu stołu. - staram się jak mogę, jednak ten letni dworek jest dwa razy większy niż nasz dom.

- dziękuję za pochlebstwa Adeline, jednak przedzierając gęstwinę korytarzy nie umkną ci widok mojego syna ? Takie zachowanie nie przystoi przyszłej głowie rodziny - Kelner odsuną krzesło, a ja usadowiłam sie wygodnie.

- nie, przykro mi wuju - wzruszyłam ramionami układając serwetkę na kolanach. - może Vincent zrezygnował z ożenku.

- ach, nawet jeśli, to ta decyzja nie należy do niego - Książę Henryk zmarszczył brwi. - po mojej śmierci, to on obejmie rządy. Jako król powinien już posiadać umiejętność władzy, bez żony jest to niemożliwe.

- poniekąd rozumiem twój tok myślenia wuju jednak sądzę, iż...- niestety możliwość dokończenia zdania nie była mi dana, drzwi otworzyły się z hukiem. Przez wejście jak tajfun wpadł mój kuzyn, jego przyklepane włosy były teraz w okropnym nieładnie, policzki miał czerwone od długiego biegu.

- HA! MAM CIĘ... - chłopak nerwowo zaczął wodzić wzrokiem po sali zauważywszy gdzie się znalazł.

- VINCENT, coś ty sobie myślał. - Jego ojciec wstał, uderzając pięścią o blat. - czekam tu z ojcem twojej przyszłej żony od 10 minut na twoje przyjście, a ty nawet nie raczysz się zjawić o punktualnej godzinie. Czy ty widzisz w jakim jesteś stanie ?! - słyszące te słowa, było mi głupio. To ja wprowadziłam go w kłopoty.

- ja-ja przepraszam ojcze...wybacz mi - Vincent przeczesał dłonią włosy i usiadł obok mnie.

- przepraszam... - wyszeptałam. Chłopak rzucił mi krótkie spojrzenie.

- Mój drogi Vincencie, jakie masz palny co do mojej córki ? - mężczyzna z czarnym wąsem naprężył się i sięgną po pasztecik. - rozumiem, że w niedługim czasie założycie rodzinę ?

- Nie wiem tego proszę pana, taka decyzja nie zależy tylko ode mnie. Jednak jeśli Madeline będzie tego pragn... - Mężczyzna z wąsem żachną się.

- ach, mój drogi nie możesz polegać tylko na swojej żonie, a moja Madeline nie myśli o dzieciach. Mam nadzieję, że jednak ją do tego przekonasz młodzieńcze. - Pan Rassbert wycelował widelcem w Vincenta - Liczę na ciebie. Pamiętaj, że jako młody król musisz mieć swoich potomków, lepiej tego nie zostawiać na ostatnią chwilę.

- Oczywiście, hrabio Rassbert - Vincent uchylił lekko głowę i nałożył na talerz ciasto z bitą śmietaną i truskawkami.

- Rozumiem że publiczne ogłoszenie zaręczyn odbędzie się na najbliższym bankiecie ? - zadałam pytanie wwiercając wzrok w księcia Henryka. - bardzo nie chciałabym tego ominąć...rozumieją Panowie.

- Tak, oczywiście rozumiem. Co do daty zaręczyn, razem z księciem ustaliliśmy bliższy termin. - Hrabio odchrząkną i wskazał dłonią na Vincenta. - Moja droga, twoje przyjęcie urodzinowe, ot co. Mamy nadzieję, że to nie przeszkadza Panience, jednak Książę zgodził się pokryć całe koszty wydarzenia.

- och, to bardzo miłe z jego strony. Oczywiście nie mam nic przeciwko. - mówiąc to próbowałam utrzymać na twarzy najszczerszy uśmiech na jaki byłam gotowa, kopnęłam krzesło Vincenta.

- Vinc, mamy dużo mniej czasu na wprowadzenie naszego planu. - szepcząc to do kuzyna niebezpiecznie wychyliłam się w jego kierunku.

- Zdaje sobie z tego sprawę Addie - Vincent ścisną nerwowo obrus. - ale spokojnie, damy radę.

Próbowałam wierzyć w słowa Vincenta, starałam się mu zaufać jednak w głębi duszy przeczuwałam możliwe komplikacje naszej małej wojny.

*

*

*

1045 słów.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Jul 22, 2023 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

the speech of flowersStories to obsess over. Discover now