Harley Road King

46 3 10
                                        

Road King wyzwala w człowieku chęć opuszczenia naszego kraju i udania się do Jankesów, aby zatankować go kiepskim paliwem z dystrybutora z analogowym licznikiem na prymitywnej stacji.

Zapakować się w kufry, zabrać ze sobą swoją kobietę, usadzić na ekstremalnie wygodnej kanapie i ruszyć przed siebie. Najlepiej po bitumicznej perfekcji z żółtymi liniami rozdzielającymi pasy ruchu, po lewej mając zachodzące słońce, a po prawej skały z Monument Valley.

Road King to król drogi. Król zdecydowanie nie samozwańczy, ale w pełni zasłużony. O Road Kingu słyszałem głównie pozytywne opinie, ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Każdy mówił o nim w taki sposób, jakby miał kompletnie przysłonięte oczy na wszelkie inne cruiserowe turystyki, tłumacząc swoją ślepą miłość ogromnym komfortem, zdolnością do połykania kilometrów, ale przede wszystkim tym gigantycznym zastrzykiem klimatu starej, oldschoolowej Ameryki, który ten motocykl reprezentuje. Czy dziedzictwo i dusza idą w parze z techniką?

Osobiście nie jestem (wbrew pozorom i opinii niektórych redakcyjnych kolegów) fanem chromu w motocyklach, ponieważ uważam, że dobrze prezentuje się on jedynie na armaturze łazienkowej. W przypadku Road Kinga musiałem na chwilę stać się hipokrytą. Chrom tutaj po prostu pasuje i podoba się, a jest praktycznie wszędzie. Nawet na końcówce przedniego błotnika, przypominającej kaczy dziób.

W pogodny dzień promienie słoneczne majestatycznie odbijają się od błyszczących powierzchni i perłowego lakieru i tak właśnie powinno być. Sam motocykl jest encyklopedycznie klasyczny i mimo, że nie ma w nim smaczków stylistycznych typu „podejdź odpowiednio blisko, a wydłubię Ci oczy", to robi kolosalne wrażenie gdziekolwiek się pojawi.

„King" w nazwie zobowiązuje. Plastikowe kufry obszyte skórą dobrze komponują się z całym sprzętem i mają ciekawy patent. Pod tym, co wygląda jak tradycyjna klamra, znajduje się plastikowy zatrzask, ale rozumiem, że jest to wynik zwiększenia praktyczności i w żaden sposób nie psuje wyglądu.

Masa 368 kg może przerażać. I faktycznie, wszelkie manewry nożne typu cofanie, są, nazwijmy to, kłopotliwe. Stojąc na światłach, kiedy motocykl zacznie się przechylać w jedną stronę, robi się gorąco, ale z pomocą boską można obejść się bez gleby, w przeciwieństwie np. do Electry, w której przechył boczny kończy się spektakularną wywrotką. Road King jest wyjątkowo wygodny i niewiele motocykli może zbliżyć się do jego poziomu komfortu. Pierwszym, co uderza po zajęciu miejsca za sterami, jest siedzisko. Ma się wrażenie, że siedzi się na ogromnej sofie z Ikei. Pozycja owszem, jest cruiserowa, ale nogi nie są wyciągnięte na metr do przodu, a kręgosłup wygięty jak magnes.

Idealna pozycja za kierownicą sprzyja robieniu tego, do czego Road King został stworzony, czyli pożeraniu kolejnych kilometrów. Ogromna szyba jest w stanie zatrzymać rozpędzonego gołębia, a już na pewno strumień wiatru napierający na kierowcę. Kufry boczne są dość pojemne, nie przesadnie, ale na zakupy spokojnie można z nimi jeździć.

Silnik to sprawdzony, chłodzony powietrzem, wibrujący Harlyowski Twin Cam 96. Nie jest on najbardziej wyrafinowaną jeżeli chodzi o konstrukcję jednostką napędową, ale trudno się przyczepić do jego pracy. Wystarczy puścić lekko działające, linkowe sprzęgło, a cały motocykl zacznie płynąć niesiony wysokim momentem obrotowym. Wibracje są odczuwalne jedynie w czasie zatrzymania i nikną wraz z rosnącą prędkością.

American Classic Motorcycle Stories to obsess over. Discover now